wtorek, 18 lutego 2014

Ja i Draco. Rozdział 11.

 Było 5 komentarzy, więc jest ta część. Kolejna będzie też po 5 komentarzach ;)
_________________________________________________________________

Kolejna noc, ale już inny sen, niż ten, który mi się śnił przez całe dwa tygodnie. Dziewczyny mogły odpocząć.
Już nie idę ciemnym, strasznym korytarzem, który zdaje się nigdzie nie kończyć. Na ścianach nie wiszą portrety, część jest podarta, część poplamiona. Nie ma kilku potężnych, masywnych i pustych ram. Nie dochodzę do drzwi, które są ode mnie 3 razy większe. Nie otwieram tych wielkich, ciężki drzwi. I co najważniejsze... Nie widziałam już Pansy jak rzuca na mnie zaklęcie śmierci.
Ten jest po prostu świetny. Taki radosny, wesoły i kolorowy.
Wracałam z plaży. Za moimi plecami szumiało morze.W kieszeniach miałam kamyki. Weszłam do lasu, w którym było bardzo jasno. Dookoła było słychać śpiewy ptaków. Koło ścieżki, którą szłam, rosło mnóstwo kolorowych kwiatów. Najpiękniejsza była fioletowa róża. Jej zapach był piękny. Podeszłam bliżej niej.Chciałam dotknąć jej płatków, ale zaczęłam spadać w dół.
Otworzyłam oczy.
Leżałam na podłodze.
-Luna. Obudziłaś się? -spytała Cho  trzymając moją pościel w rękach.
-Niestety. -powiedziałam wspominając piękno tamtej róży.
-Dziś nie krzyczałaś w nocy. -powiedziała z uśmiechem.
-Domyślam się. Miałam cudowny sen.-powiedziałam się śmiejąc.
-Draco?- spytała unosząc jedną brew.
-Niee...  Piękna, fioletowa róża.-zaczęłam wspominać jej  wygląd- Skoro mnie obudziłaś, to pójdę się ubrać.
-Dobra. -powiedziała. -Tylko nie siedź pół godziny jak ostatnio.

***

Przed obiadem miałam dwie godziny Opieki nad Magicznymi Stworzeniami. Mieliśmy lekcję o hipogryf. Hagrid na pierwszej godzinie dużo nam o nich opowiadał. Jak się zachowują, co lubią, czego nie...
-Kto chce polecieć na Okruszku?-krzyknął Hagrid, gdy zaczęła się druga godzina lekcji.
-Ja! -krzyknęłam i wyrwałam się przed szereg.
-Dobrze. Tylko Ty? Czy ktoś jeszcze? -zapytał.
-I ja jeszcze! - krzyknął Marco, czarnowłosy Krukon z cerą Azjaty.
-Luna! Ty pierwsza. Podejdź do niego ostrożnie. -poinstruował mnie Hagrid- Ukłoń się. Jak skinie głową możesz go pogłaskać.
Powoli się zaczęłam kłaniać. Uniosłam delikatnie wzrok na Okruszka, żeby zobaczyć jego reakcję.
Skinął głową.
-Okej! No to Luna wyciągnij rękę i się powoli zbliżaj.-powiedział.
Zrobiłam tak.

Zbliżałam sie bardzo wolno, a rękę miałam sztywno wyciągniętą. Okruszek dziwnie się popatrzył przekręcając głowę w dwie strony. W duchu się z tego zaśmiałam. Wpatrywał się w moja dłoń przez cały czas, przez który ona się zbliżała. W końcu przytknął do niej swój dziób.
Każdy zamarł w milczeniu. Chcieli wiedzieć co teraz zrobię.
-No, Luna! Teraz podejść możesz się... Ten-tego... No... Chorobcia! Jak to się mówi- Hagrid nie mógł dobrać słów- Zbliżyć! Tak... Teraz możesz się  zbliżyć i go pogłaskać, a za chwilę pomogę Ci na niego wejść.
Zaczęłam czochrać jego kark.
-No chyba już się oswoiliście. -powiedział Hagrid i pomógł mi na niego wejść.
Fajnie się na nim siedziało. Muszę, całkiem przyjemnie się na nim siedziało.
-Jesteś gotowa?-zapytał.
-Tak.-powiedziałam, a Hagrid klepnął Okruszka na znak,by ten ruszył.
Hipogryf  biegł chwilę, zanim wybił się w powietrze. Rozłożył skrzydła  i zaczął nimi machać.
Lecieliśmy kilkanaście stóp nad jeziorem. Widziałam nasze odbicie w lustrze wody. Okruszek lekko zniżył się do powierzchni wody, by znów z  impetem wbić się w powietrze. Leciał szybciej niż poprzednio, lecz nadal robił to z ogromną gracją. Raptownie skręcił w bok.  Lecieliśmy nad Zakazanym Lasem. Widok na niego z góry był cudowny. Zapierał mi dech w piersiach. Ten widok był jeszcze piękniejszy od róży, która mi się śniła.
W końcu Okruszek wylądował na polanie, z której startowaliśmy.
-Było świetnie!-krzyknęłam gdy stanęłam na ziemi.
-Wiedziałam, że się Ci spodoba.-Hagrid wyszczerzył swoje zęby- No! Marco, teraz Ty! Pamiętasz co robiła Luna?
Marco zaczął się oswajać z Okruszkiem, a ja stanęłam na uboczu i zaczęłam wspominać to co czułam w czasie lotu.

Ten moment gdy lecieliśmy był niesamowity, jakby magiczny. Czułam wtedy niezwykłą wolność. Ogarniała mnie radość, szczęście, ale odczułam to inaczej niż zwykle...
-Luna!-podszedł do mnie Marco- Miałaś rację. To jest świetne.
-Fajnie,że nie tylko mi się podobało. -uśmiechnęłam się do niego.
-Też się na początku bałaś? A potem czułaś taką dziką radość? -zaczął się mnie wypytywać.
-Nie bałam się, ale radość czułam. -powiedziałam.
 -No dzieciaki! Już koniec! Możecie iść się najeść- zagrzmiał Hagrid.
Zaczęliśmy ruszać w stronę zamku. Poczułam czyjąś rękę na ramieniu.
Odwróciłam się.
To Marco.
-Luna... Tak sobie myślę...-zaczął niepewnie.
-Tak?-chciałam go zachęcić.
-Nie zechciałabyś usiąść koło mnie na obiedzie?-zapytał.
Zaskoczył mnie.
Zaczęliśmy iść. 
-Oh... Wiesz... Ja zawsze siedzę z Cho i Marie.-powiedziałam.
-A nie mógłbym usiąść koło was?-zrobił się z lekka namolny.
-Wiesz...-powiedziałam-To nie tylko ode mnie zależy. Jeszcze od dziewczyn.
-No to się ich zapytam.-powiedział i zwolnił w kroku.
  Powoli wchodziłam do zamku. Zobaczyłam Draco w tłumie Ślizgonów. Odwrócił głowę i spojrzeliśmy się  sobie w oczy. Uśmiechnął się. On ma boski uśmiech. Wmieszałam się w tłum. Nagle nie
 wiedzieć skąd wyrosłą koło mnie Cho.
-I jak było?-zapytała gdy wchodziłyśmy do Wielkiej Sali.
-Fajnie!- powiedziałam ciut za głośnio i cała Wielka Sala się na spojrzała. Przyuważyłam, że Draco się uśmiechnął i wzniósł oczy ku niebu. 
-Co mieliście na Opiece nad Magicznymi Stworzeniami?
-Mieliśmy o Hipogryfach. Leciałam na jednym z  nich.-powiedziałam wyszczerzając zęby.
-A tylko ty leciałaś? -zapytała-Czy ktoś jeszcze?
-Tak. Marco.-ledwo skończyłam mówić, a on podszedł do Cho.
-Cześć, Cho.-przywitał się. - Mogą usiąść koło ciebie?
-Jasne.-odpowiedziała-Siadaj.
Na Merlina! Musiała mu pozwolić.
Podczas obiadu mało się odzywałam.Jakoś nie miałam ochoty rozmawiać. Postarałam się zjeść obiad jak najszybciej.
-Cho- powiedziałam zanim odeszłam od stołu- To ja idę do dorminatorium.
-Dobrze idź.
Wyszłam z Wielkiej Sali. Wchodziłam po drugich schodach prowadzących do drzwi Pokoju Wspólnego. U ich szczytu ktoś na mnie czekał.

sobota, 15 lutego 2014

Ja i Draco. Rozdział 10.

Jestem ciut zawiedziona, że pod poprzednią częścią nie było komentarzy. Następna cześć będzie jak ujrzę pod tym  rozdziałem 5 komentarzy.
________

Było tu strasznie jasno. Nie do wytrzymania. Przez to nie tylko bolała mnie głowa, ale i oczy.
Hmm...
Miałam dziwny sen. A może... To nie był sen? Może to była rzeczywistość?
Byłam w sowiarni i kłóciłam się z Pansy i Mandy... Mówiły, że Draco mnie nie kocha. W końcu jedna z nich, nie pamiętam już która, rzuciła na mnie "Drętwotę" i spadłam z schodów. One schodziły ze schodów. Mówiły, że dobrym pomysłem było zmienienie się w Hermionę.
Do sowiarni na pewno szłam. Lecz tego co wydarzyło się na górze pewna  nie jestem.
Mogłam się przecież potknąć w drodze do sowiarni i spaść ze schodów tracąc przytomność. Wtedy byłoby racjonalne wytłumaczenie, że moja rozmowa z Ślizgonkami  to sen.
-Eeej! Luna! Wszystko dobrze? -Ginny machnęła mi ręką przed oczami. Ocknęłam się.
Dopiero zauważyłam kto przy mnie był.
Wokół mnie stała Miona, Harry, Ron, profesor Flitwick i Dumbledore.  No... I oczywiście On... Mój prywatny anioł, Dracon.
-Panno Luno, jak się pani czuje?- zapytał dyrektor Hogwartu.
-Dobrze- spróbowałam się podciągnąć do pozycji siedzącej- Au!
 Poczułam jeszcze ostrzejszy ból z tyłu głowy.
-Co się dzieje?- na twarzy Draco pojawił się grymas strachu.
-Nic. Nie martw się.- uśmiechnęłam się.
-Luno powiedz nam się co się ogólnie stało?- zapytał Dumbledore.
-Ale kiedy?- odpowiedziałam niepewnie spoglądając na Draco.
Dopiero teraz zwróciłam uwagę na to jak wyglądał. Włosy jego były w strasznym nieładzie, pod szarymi oczami miał ciemno-fiolotowe worki. Było widać, że jest strasznie zmęczony. Pewnie nie spał po nocach, a większość wolnego czasu spędzał przy mnie.
-W sobotę. Gdy miałaś karę.-powiedział dyrektor.
-A jaki dzień teraz mamy?- zapytałam zdezorientowana.- I czemu dokładniej tutaj jestem?
-Wtorek.-powiedział Draco zanim profesor zdążył otworzyć usta- Znaleźli ciebie na samym dole schodów do sowiarni. O dziwo, nie miałaś niczego połamanego tylko masz plecy potłuczone.
Draco chyba coś podejrzewał, ale nie chciał tego wyjawić. 
To może... Faktycznie to nie był sen.
-Nie pamiętam nic, a nic. -skłamałam- Możecie dać mi trochę czasu, żebym sobie przypomniała?
-W takim razie, proszę państwa,dajmy Lunie odpocząć. -powiedział Dumbledore. Każdy zaczął wychodzić.
-Profesorze?-zapytał Draco- Mogę przy niej zostać?
-Jeśli pozwoli-odpowiedział w drzwiach profesor i wyszedł.

-Idź się wyśpij.-powiedziałam.- Wyglądasz fatalnie.
-Dzięki. Ty tak samo.- uśmiechnął.
Wstał.
Nachylił się nade mną, żeby pocałować mnie w czoło.
Wyprostował się.
Spojrzał na mnie, a w jego zmęczonych oczach widziałam czułość.
Przyglądał mi się z uśmiechem  dość długo.
Z tymi oczami i uśmiechem wyglądał uroczo. Bardzo uroczo. 
-No idź się wyspać.-powiedziałam z uśmiechem.
-Już, już, ale najpierw...-podszedł do mojego łóżka.
Przyłożył swoją dłoń do mojego policzka.  tuliłam się w nią. Była jakby aksamitna.
Nachylił się znowu i złożył pocałunek na moich ustach.
Pocałunek był spokojny, delikatny. Całował tak, jak gdyby się bał. Bał, że mnie skrzywdzi, zrani.

Wyprostował się i jeszcze przez chwilę się na mnie popatrzył.
Przechylał głowę w jedną i w drugą stronę. Udawał krytyka. 
-W sumie to tak fatalnie nie wyglądasz.-zaśmiał się.
-Miło mi-uśmiechnęłam się-Jak się uśmiechasz, to wyglądasz bardzo uroczo.
Ziewnęłam.
-Chyba jesteś zmęczona.-stwierdził- Idę. Pa, kochanie!
-Cześć.-odpowiedziałam.
Zniknął za drzwiami.
Zostałam sama.
Mogłam przemyśleć to co się wydarzyło w sobotę.
Czyli widocznie to nie był sen. To była rzeczywistość.
Groziły mi.
I co mam robić?
Zerwać? Czy nie? Czy je unikać i być dalej z Draco?
Zaczęły mi lecieć w łzy. Nie ze smutku. Z bezradności. Z  braku pomysłu.
Mam się poddać? Ulec dwóm sfrustrowanym dziewczynkom? Zrezygnować, prawdopodobnie, z miłości życia? Być szczęśliwa? Czy nie, uświadamiając kogoś, że jest lepszy?
 Powiedzieć co się wydarzyło? Jak było? Kto był temu winien?
Czy może...
Wymyślić historyjkę,że się potknęłam? Że nikogo tam nie było ze mną?  Powiedzieć, że to był nieszczęśliwy wypadek?

Nikt by mi w to nie uwierzył. Gdybym zwyczajnie spadła ze schodów, na pewno miałabym coś złamanego. Ktoś musiał tam być.
Zawsze mogę powiedzieć, że  nie wiem, kto to był, że nie pamiętam.
Nie wiem po co dalej rozmyślałam, skoro i tak już dawno postanowiłam.
Uznałam, że będę szczęśliwa.
Z miłości nie zrezygnuję. Nie mam najmniejszego zamiaru.
Nie powiem jeszcze, kto to był.  Za jakiś czas, jak się upewnię. Wolę mieć stu procentową pewność.