sobota, 4 października 2014

Ja i Draco. Rozdział 17

Cześć! 
Dodaję nowy rozdział. :) Przepraszam, że w tamtym miesiącu nie dałam znaku życia. Kolejny będzie za pięć komentarzy. Z góry przepraszam za błędy jakie mogą się pojawić.
Przy okazji chciałabym podziękować w imieniu moim i Gabrysi za przekroczenie 50 wyświetleń jednego dnia. :)


_______

          W ciągu tych dwóch dni najchętniej nie odzywałabym  się do Malfoya ani słowem. Na każdej przerwie podchodził do mnie i pytał czy dziś się spotkamy. Ja, tak bardzo zabiegana, odpowiadałam, że nie mam czasu. Tłumaczyłam się dużą ilością nauki i tym, że muszę być przy Cho w skrzydle szpitalnym i czekać aż się obudzi. Uważał, że to bezsensowne, ale chciał mnie tym uszczęśliwić.
          Dziwne... Zranił mnie tak mocno i tego nie dostrzegał, a gdy odmawiałam mu, odchodził smutny. Chciałam go ignorować, ale nie potrafiłam. Z jednej strony bardzo tego pragnęłam, a z drugiej nie chciałam go tym ranić, jak on mnie pocałunkiem z Pansy. Postanowiłam się odsunąć od niego, ignorować go, by mógł być szczęśliwy z tą Ślizgonką.
          Dalej bolało mnie serce. Czułam do niego wielki żal o to, ale nic nie mu o tym nie mówiłam. Za każdym razem gdy go widziałam moje serce się cieszyło, ale pękało ponownie. To było okropne. Będąc moim największym szczęściem, przyczynił się też do  największego smutku.

***

          Długą przerwę spędziłam w skrzydle szpitalnym. Czekałam aż Cho się po tym nieszczęśliwym wypadku. Dwa dni temu spadła z miotły podczas spotkania z Harrym. Nie stało jej się nic strasznego. Była tylko trochę potłuczona. 
          Teraz znowu czekałam aż odzyska przytomność. Tym razem przyszła moja kolej, bo Harry jadł drugie śniadanie. Musiał zostać chwilę po eliksirach. Przyglądałam się przyjaciółce. Zacisnęła powieki, a po chwili je otworzyła. Patrzyła swoimi czarnymi oczami na szarawe niebo za oknem. Pogoda nie dopisywała i było jak na kwiecień zimno. Po może dwóch minutach przeniosła wzrok na mnie.
- Cześć, długo tu siedzisz?
- Hej, śpioszku. - powiedziałam jak najbardziej entuzjastycznie. - Kiedy tylko mogę, ale zmieniam się z Harrym. Dobrze się czujesz?
- Tak, dzięki za troskę. - odpowiedziała i na chwilę zamilkła. - Ile tu jestem i która jest  godzina?
- Dwa dni. Obecnie jest przerwa na długa przerwa. - powiedziałam. Cho uśmiechnęła się ciepło i zbadała mnie wzrokiem. Włosy miałam dziś w jeszcze większym nieładzie niż zwykle, a oczy pewnie nadal były opuchnięte z powodu przepłakanych, bezsennych nocy.
- Luna, powiedz mi co się wydarzyło, jak spałam?
- Dwa dni temu miałam się spotkać z Draco. Wiesz... Mówiłam ci o tym. 
- Powtarzałaś mi to jakieś 5 razy w ciągu godziny. - mruknęła. - Nie przyszedł?
- Nie... Musiałam się wrócić po coś do wieży. Jak zeszłam ze schodów, to usłyszałam Mandy i inne. - zaczęłam opowiadać jej całą historię. Kiedy doszłam do momentu, jak odwzajemnił jej pocałunek, moja przyjaciółka zacisnęła dłonie na prześcieradle. 
- Zachował się jak ostatni drań. - stwierdziła. - Jednak wątpię, żeby mógł coś takiego zrobić. Harry mi opowiadał, że kompletnie stracił dla ciebie głowę.
- Jak widać ją odzyskał. Stwierdził pewnie, że nie warto zaprzątać sobie głowy zdrajczynią krwi. Pewnie za kilka dni mnie zostawi dla Pansy i tyle z jego stracenia głowy! - powiedziałam. Odwróciłam głowę i spojrzałam na zegarek. Za chwilę miała skończyć się przerwa. 
- Jesteś dla niego za surowa.  - uznała. - Poczekaj i ochłoń, a potem go oceń i pogadaj.
- A ty pogadałaś już z Cedrikiem? 
- Nie, ale na to jeszcze przyjdzie pora. - uśmiechnęła się zagadkowo. 
- Muszę już lecieć, mam transmutację. Przyjdę po lekcjach. - pożegnałam się. Wyszłam ze skrzydła i poinformowałam, że Cho się obudziła. Szybko pobiegłam do odpowiedniej sali. Miałam szczęście, bo profesor McGonnagal jeszcze nie było. Miałam czas na wyciągnięcie wszystkiego, co potrzebne. Miałam jeszcze chwilę, by pomyśleć.
Może go faktycznie zbyt surowo oceniłam i patrzyłam przez pryzmat cierpienia.  Cho mogła mieć rację... Mógł dla mnie oszaleć. Jeszcze tydzień temu błysk takowego szaleństwa był widoczny w jego oczach. Teraz nie co przygasł. Inną rzeczą było to, że kiedyś był inny. Miał inny system wartości, który mógł powrócić. 
- Cześć, Luna! - podszedł do mnie Marco, przerywając moje rozmyślania. Był w bardzo dobrym humorze i miał śmiech od ucha do ucha.
- Hej. - odpowiedziałam. 
- Mam dla ci coś przekazać. Dostałem to od Ginny. - wręczył mi karteczkę. Otworzyłam ją i zaczęłam czytać.


Najukochańsza!
Uda Ci się wyrwać na choćby pół godziny po lekcjach?
Zdaje mi się, że coś Cię martwi. Jeśli przyjdziesz, to opowiesz mi wszystko, co leży Ci na sercu.
Około 17 będę nad jeziorem.  Mam nadzieję, że przyjdziesz, bo chciałbym Cię czuć w mych ramionach. Nawet w tej chwili!
Nie musisz odpisywać. Wystarczy, że przyjdzie
Kochający 
 Draco

          Liścik strasznie krótki, ale za to treściwy. Jak ja bym chciała utonąć w jego ramionach, mimo że JĄ pocałował. Nie wiem, czy iść i się z nim spotkać. Nie wiem, co zrobić, jak się tam zachować. Powiedzieć mu, że to widziałam czy może jednak zostawić go bez słowa. Musiałam porozmawiać o tym z Cho. Była w podobnej sytuacji i mogła mi pomóc.
- Oddajcie mi teraz swoje wypracowania z opisem przebiegu transmutacji kłębka wełny w miniaturową owieczkę. - w klasie rozległ się donośny głos McGonagall. Wzięłam dwa zwoje swojego wypracowania, w którym opisałam jak najdokładniej całą przemianę. Kiedy kładłam na biurku wypracowanie, zostałam dokładnie zbadana wzrokiem przez profesorkę. Nic mi nie powiedziała.
          Wróciłam do ławki. Na tej lekcji poznawaliśmy teorię transmutacji poduszki w kurczaka, a na kolejnej mieliśmy wypróbować to w praktyce.
- Wypiszcie czego należy się wystrzegać w trakcie tej transmutacji i dlaczego. Sądzę, że jeden zwój starczy. - zastępczyni dyrektora podyktowała nam pracę domową.
          Wyszłam z klasy i podążyłam w kierunku lochów. Po drodze zaszłam do łazienki Jęczącej Marty. Stanęłam przed lustrem. Wyglądałam gorzej niż myślałam. Twarz miałam białą jak kreda, a oczy wyróżniały się w nieprzyjemny sposób. Strasznie opuchnięte, czerwone z worami pod nimi. A włosy... Jeszcze bardziej rozczochrane niż zwykle. Ich objętość była ponad trzykrotnie większa. Sięgnęłam po torbę, aby wyciągnąć z niej szczotkę do włosów. Stawiając ją na umywalce usłyszałam chichot.
          To była Jęcząca Marta. Zamieszkiwała tą łazienkę od co najmniej 30 lat. Była duchem dziewczyny, która zginęła w tej łazience. Nie należała do najprzyjemniejszych osób. Odstraszała ludzi swoją wrednością, co sprawiało jej przyjemność. Nikogo nie lubiła. W szczególności mnie, Ginny i Hermiony. Nie wiem jaki stosunek miała do chłopców. Moje pierwsze spotkanie z Martą nie było najmilsze. Odbyło się ono w drugiej klasie, kiedy zostałam wyśmiana przez kilku Gryfonów. Przybiegłam zapłakana tutaj, bo koleżanki mi mówiły, że nikt nie chodzi. Powodu wówczas nie znałam. Stałam dokładnie w tym miejscu co teraz, patrzyłam w lustro i usłyszałam ten sam chichot, a chwilę później skrzekliwy pisk "Och... Jaka ty brzydka jesteś!". Pamiętam, że spóźniłam się wtedy na lekcję.
- Znowu tu przyszłaś beczeć?! - krzyknęła ze śmiechem na mój widok. Wyciągnęłam szczotkę i zaczęłam rozczesywać porządnie włosy. Ciężko mi to szło i bardzo bolało, ale wytrzymywałam.
- Ogarniasz ten stóg siana? Dobrze ci to zrobi. - wykrzywiła usta w grymasie, mającym zastąpić uśmiech. - Może jakiś chłopak ciebie ze chce.
          Był to cios poniżej pasa, ale nie reagowałam na jej zaczepki. Zaczęły mi lecieć znowu łzy, ale dalej uparcie czesałam włosy. Wyglądały lepiej niż kiedykolwiek. Schowałam szczotkę z powrotem do torby. Otarłam łzy, opłukałam twarz zimną wodą i zaczęłam iść do drzwi. Zaczęłam je otwierać.
- Filiusie, zwracam się z tym do ciebie, ponieważ powinieneś się tym zainteresować. - McGonagall przechadzała się po korytarzu z profesorem Flitwickiem.
- Ostatnią lekcję miałem z nimi dwa dni temu. Wtedy nie zauważyłem, by była jakoś szczególnie zasmucona.
- Tak, te dwa, trzy dni temu tryskała radością. Może była trochę zagubiona, lecz optymizm i to jej zagubienie były jej cechami charakterystycznymi.
- Pewnie to jest spowodowane wypadkiem jej przyjaciółki, Cho. - stwierdził Flitwick, a McGonagall zmroziła go wzrokiem. - Mimo to porozmawiam z nią o tym jutro, bo dziś nie mam czasu. Mogę się założyć, że jak panna Chang wyjdzie ze skrzydła szpitalnego, to Lunie się humor poprawi.
          Otworzyłam drzwi szerzej i wyszłam. Zaczęłam biec w kierunku lochów, żeby zdążyć na eliksiry. W przeciągu pięciu minut stanęłam pod drzwiami. Oprócz mnie były pojedyncze osoby z mojego domu.
- Luna, masz wypracowanie na temat Eliksiru Nagłego Przygnębienia? Ile ci to zajęło? - zagadała do mnie Vera, Puchonka, z którą siedzę na eliksirach. Była szczupła i wysoka. Czasem mogła wyglądać nieco strasznie, ale była jedną z najsympatyczniejszych osób jakie znam. Lubiła pomagać ludziom. Nigdy nie zostawiała ich w potrzebie. Kilka zdarzyło się, że mnie pocieszała, ale nie kolegowałyśmy się ni nic.
- Mam. Napisałam na równe trzy stopy, ale małymi literami, a Ty?
- Mi zajęło to dwie stopy i 10 cali. - zasępiła się trochę. - Może nie zauważy braku tych dwóch cali.
- Miejmy nadzieję, że nie. - uśmiechnęłam się pocieszająco.
- Smutna jesteś. - stwierdziła. Miała rację.
- Aż tak bardzo widać?
- Nawet nie wiesz jak. - poklepała mnie po ramieniu. - Widzę to po oczach. Są okropnie smutne i zmęczone. Kiedy jesteś szczęśliwa masz w nich taki charakterystyczny błysk, który znika, jak się smucisz i martwisz. Coś się stało? Chcesz mi o tym opowiedzieć?
- Nie. To jest zbyt osobiste. - odpowiedziałam. - Ale to jest miłe, że się o mnie martwisz.
- To nie jest nic wielkiego. Zwykły, ludki odruch.
          Na korytarzu nie wiadomo kiedy zrobił się tłok. Chwilę później przyszedł Snape, niosąc ze sobą zimno. Do klasy wszedł szybkim krokiem. Weszłam jak najszybciej, by móc zająć razem z Verą przedostatnią ławkę. Nim zdążyłyśmy wyciągnąć podręczniki, profesor zaczął sprawdzać obecność. Chwilę później wyczytał nazwisko mojej sąsiadki.
- Collins!
- Obecna, panie profesorze. 
Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby tak szybko czytał.
- Lovegood!
- Obecna, panie profesorze. - ta formułka przewijała się przez ponad 40 nazwisk.
          Snape zamknął listę uczniów. Wziął kredę  i zaczął szybko pisać składniki i sposób przyrządzenia kolejnego eliksiru. Zauważyłam, że ten jest niezwykle trudny.
- Macie półtorej godziny na przyrządzenie go, a ja wystawię stosowną ocenę. - powiedział, kiedy rzuciliśmy się do barku ze składnikami. Spróbowałam jak najszybciej wziąć, to co było mi potrzebne. Powróciłam do ławki zaczęłam siekać kiełki jak najdrobniej kiełki. Potem wrzuciłam je kociołka, w którym gotował się już sok mandragory. Wycisnęłam wyciąg z azjatyckiego żuczka, a wywar zabarwił się na fioletowo. Miał się tak gotować dopóki nie zacznie wrzeć.
- Panno Lovegood, czy pani nie potrafi przygotować tak prostego wywaru?! - krzyknął nad moim uchem Snape. -  W tym stadium eliksir miał mieć kolor jasnoniebieski! A to jest fiolet! Chyba pani nie potrafi wlać pół szklanki soku z mandragory!
- Profesorze, przecież pan napisał, że w tym...
- CISZA! Ravenclaw traci 5 punktów za źle przyrządzony wywar i kolejnych 5 za pani nieposłuszeństwo. A teraz ma pani, to naprawić! Pozostało pani jeszcze pół godziny. Życzę powodzenia.- mówił cicho jak zawsze. Ostatnie zdanie wyszeptał ze strasznym jadem. Odszedł ode mnie, a ja w moich uszach dalej brzmiał ten ton. Nie miałam zamiaru poprawić eliksiru, tylko go dalej ważyć, jak ważyłam.  Skończyłam go w ciągu dwudziestu minut.
- Wow... Wyszedł ci idealnie. -szepnęła Vera. - Mojego się nie da już uratować. Pewnie da jedynkę i dodatkową pracę domową.
- Dzięki, ale wątpię, żeby postawił mi coś więcej niż trzy.
         Snape zaczął sprawdzać wywary. Słuchałam uważnie jakie, kto dostał oceny. Nie było szóstek ani piątek. Rzadko zdarzała się czwórka. Podszedł do mnie i do Very.
-Collins! Co to ma być? - szepnął. - Dwa! Zostaniesz po lekcji w celu omówienia dodatkowej pracy domowej.
- Tak jest! - odpowiedziała.
- A teraz zobaczmy co jest w kociołku panny Lovegood. Hmm... Zdaje mi się, że jest on dwa razy lepszy od wywaru pani koleżanki. - zajrzał do kociołka i wziął głęboki wdech. - Zapach jest za wyrazisty i zbyt słodki. Powinien być ledwie wyczuwalny. Od tego zapachu można dostać mdłości. Dostajesz trzy!
Jego ocena zdenerwowała Puchonkę.
- Jak to?! - krzyknęła. - Luna wyważyła eliksir idealnie! Powinna dostać sześć.
- Wyjaśnij mi kto tu jest mistrzem eliksirów.
- Pan, panie profesorze. - Verze zrzedła mina, a Snape miał zamiar odejść - Mistrz też może się pomylić, niech pan o tym pamięta.
Vera potrafiła nie panować nad tym co mówi, tak było w tamtej chwili.
- Minus pięćdziesiąt punktów dla Hufflpuff. - krzyknął-  Coś jeszcze?
- Tak. - odpowiedziała spokojniej niż wcześniej. - Może by pan zaczął oceniać sprawiedliwie?
- Hufflpuff traci 25 punktów! Dostaje pani szlaban. Szczegóły omówimy po lekcji, a niech reszta się spakuje i wyjdzie.
Wrzuciłam swoje rzeczy do torby i zaczęłam wychodzić.
- Lovegood! I tak masz trzy.

___________________
UWAGI: Fragment rozmowy Cho i Luny wymyśliła Gabi, lecz był to ważny fragment dla obu opowiadań.



Lista rozdziałów

7 komentarzy:

  1. NIE! Ona nie może iść na spotkanie z Draco! Ja nie pozwalam! Przecież on się...ten,no...całował z Pansy! Przecież ja go uduszę własnymi rękami! Do kąta! Już! Nie,nie możesz! Co tam mamroczesz? Nie obchodzi mnie to! Masz przemyśleć co zrobiłeś Lunie i jutro ją całować po stopach! Co? Cieszę się doszliśmy do porozumienia!
    A i co to ma znaczyć że Snape daje mojej kochanej Lunie jakieś marne 3? Ona powinna dostać 7+! Czy coś.
    Dobra kończę ten bezsensowny komentarz. Czekam na więcej :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Superaśne! ! !
    Ce więcej!
    Nie lubię tego Snapea

    OdpowiedzUsuń
  3. Z Luną jak widzę jest trochę lepiej albo nie skupiałaś się na jej uczuciach.
    Rozbawiło mnie ostatnie zdanie Mistrza Eliksirów oraz rozmowa Puchonki z nim.
    " Tym razem przyszłą moja kolej" zmień "ą" na "a" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest z nią troszkę lepiej, ale też nie potrafiłam się skupić na jej uczuciach.
      Zmieniłam.

      Usuń
  4. wszyscy ulegają urokowi Malfoya :D ile opowiadań, tyle Malfoyów, tylko u mnie ten Wood :D
    super ;)
    pozdrawiam
    moodybrown.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Na początku nie wiedziałam komu bardziej współczuć, jedak gdy przeczytałam fragment z Martą... Jak ona mnie denerwuje. Do tego jeszcze Snape ;-; Nie, nie, nie... Nie zgadzam się, by spotkała się z Draconem, no on ją powinien na kolanach przepraszać, ale z drugiej strony żal mi go. Cokolwiek się zdarzy, musi być dobrze :D
    death-frisbee.blogspot.com
    monomentume.blogspot.com
    Bo czym byłby mój komentarz bez autoreklamy XD

    OdpowiedzUsuń

*Komentarz jest dla nas motywacją, a jeśli coś Ci w danym rozdziale nie pasuje lub jest błąd napisz to w komentarzu. Postaramy się to zmienić.
* Staraj się komentować treść rozdziału. :)
*Weryfikacja obrazkowa wyłączona
* Nie zostawiaj linków do swojego bloga pod rozdziałem.
*Używaj Mapy Huncwotów i Myślodsiewni