niedziela, 15 lutego 2015

"Ja i Draco" rozdział 21



Leżałem na łóżku. Byłem zrozpaczony. Po prostu nie chciałem w to uwierzyć, że ona mogłaby tak zrobić. A jednak... Zrobiła... I to w tak bolesny sposób, w najmniej oczekiwanym momencie. Odeszła. Najzwyklej w świecie odeszła, nie mówiąc prawie nic...
Cholera, boli... Tam gdzieś w środku mnie cholernie boli... Kurwa... To chyba serce... Więc tak ono boli, gdy jest zranione... Chyba zaczynam rozumieć Mariettę, ale dalej nie mogę zrozumieć Luny. Dlaczego ona to zrobiła? Przecież nam się układało! Było tak dobrze!  A to wtorkowe spotkanie? I to niedzielne?
W niedzielę było wręcz cudownie.
***

Leżeliśmy we dwoje na trawie w cieniu drzewa. Obok nas beztrosko bawili się pierwszoroczni. Co chwilę słychać było ich śmiechy. Rozpraszali tym mnie i innych piątoklasistów, którzy wyszli na dwór przygotowywać się do SUM-ów, korzystając jednocześnie z pięknej pogody. Jak na kwiecień było bardzo ciepło. Słońce bardzo jasno świeciło, a niebo było niezwykle błękitne, nieskażone żadną, choćby najmniejszą chmurką.
Oboje byliśmy ubrani w mundurki. Luna udawała, że uczy się na eliksiry, lecz dobrze wiedziałem, że miała głowę chmurach. W pewnym momencie śmiesznie prychnęła.
- Co znowu? - Zaśmiałem się. Dziesięć minut wcześniej zastanawiała się, czemu musi uczyć się składu tak trudnego eliksiru, skoro zna łatwiejsze i odpowiedniego do naszego wieku.
- Nic. Po prostu głupoty tu piszą.
Roześmiałem się jeszcze bardziej.
- Nie chcesz się tego uczyć?
- Nie. Nawet nie wiem jak mnie do tego zmusiłeś! - Mruknęła. 
- Nie wiesz? - Tajemniczo szepnąłem jej do ucha. Pokręciła głową. - Zabrałem Ci "Żonglera"!
Pomachałem czasopismem, które chwilę wcześniej wyciągnąłem z podręcznika do transmutacji.
- Oddaj! Proszę! - Rzuciła mi się na szyję i mnie pocałowała w policzek.
- Ech... Masz już... - Udawałem zrezygnowanie.
Luna zaczęła czytać. Tak skupiona bywała tylko, gdy to czytała. Wyglądała trochę poważniej. Niesforny kosmyk opadł jej na twarz. Widocznie jej nie przeszkadzał, skoro nawet nie próbowała go odgarnąć. Powróciłem do nauki transmutacji. Jak z eliksirów SUM-y pójdą mi dobrze, to z tym mogę mieć niemały problem. Podręcznik czytałem po raz kolejny.
Do tak intensywnej  nauki tego przedmiotu (i nie tylko) zmusił mnie ojciec. Przecież jestem Malfoyem. Muszę być lepszy! Muszę być kimś! To jak się wściekł, gdy się dowiedział, że jestem z Luną. Kiedy wróciłem na święta do domu, otrzymałem od niego półtorej godzinny wykład o tym jak to nam, czarodziejom czystej krwi, nie należy się spotykać ze szlamami oraz zdrajcami krwi, kiedy chce się być powszechnie szanowanym. Słyszałem jego głos, gdy krzyczał jak to ciężko mu było spojrzeć w oczy podczas rozmowy z Ministrem Magii, gdy ten o to spytał". Dopiero wtedy wtrąciła się matka, mówiąc, że "okropny czyn okłamywać ministra". Wdałem się z nimi w dość burzliwą dyskusję.
Uśmiechnąłem się na to wspomnienie. Teraz po tych paru miesiącach cała ta sytuacja mnie śmieszy. 
Spojrzałem na Lunę. Była zamyślona. Wzrok miała rozmarzony i w pewien sposób nieobecny. Spojrzała na mnie, obdarowując mnie jednocześnie swoim pięknym uśmiechem.
- Tak sobie myślałam… – zaczęła niepewnie.
- Nad czym?
- Ale nie będziesz się śmiał, jak Ci powiem? – zarumieniła się.
 - Nie. – powiedziałem. – Obiecuję.
-  Kiedyś w zimę z tatą tropiłam nargle. Wtedy była ciepła zima i śnieg stopniał. Pomyślałam sobie, że może kiedyś my obydwoje je potropi. To jest naprawdę wielka frajda!
- A wiesz jak je wytropić? – nie byłem do tego przekonany.
 - Oczywiście. – powiedziała z dumą – Dlatego szukaliśmy ich, gdy nie było śniegu, bo jak on stopnieje to wtedy lepiej widać ich kupki.
Mimo woli się roześmiałem.
- Miałeś się nie śmiać! – krzyknęła. – Je się tak tropi!
- Prze… - dostałem kolejnego ataku śmiechu.
Luna fuknęła i odwróciła się do mnie plecami. Próbowałem się opanować. Na marne. Przez jakieś piętnaście minut leżałem i się śmiałem. W końcu przestałem. Podniosłem się jęcząc z bólu i usiadłem. Od tego śmiechu rozbolał mnie brzuch. Wokół zebrała się grupka pierwszaków, która przypatrywała się temu całemu zdarzeniu. Nie zwróciłem na nich większej. Luna dalej udawała obrażoną. 
Przysunąłem się do niej i położyłem jej rękę na ramieniu. Strzepnęła ją.
- Luna... Przepraszam. - szepnąłem jej do ucha. - To było silniejsze ode mnie. Rzadko rozmawiam o kupach.
- No dobrze... Wybaczam Ci. - odwróciła się. - Przecież wiesz, że Cie kocham.
- Wiem. - uśmiechnąłem się.

***

Wspominanie tych lepszych chwil mnie nie bolało, ale zastanawianie się, dlaczego to zrobiła już tak. Szukałem odpowiedzi w sobie. Zastanawiałem się, co ze mną nie tak… Wychodzi na to, że niemal wszystko…
Wtorkowe spotkanie też złe nie było. Byłoby lepsze, gdybyśmy się nie pokłócili. Może to przez to? Ale to by było nielogiczne… Przecież się od razu pogodziliśmy… A może… Ona już wtedy nie chciała ze mną być i nie wiedziała jak mi to powiedzieć? Może chciała mnie tylko sprowokować? 

***

- Dobra,   zjeżdżajcie stąd. - niemalże warknąłem na Pansy i Mandy. - Czekam na kogoś.
- Już idziemy... - mruknęła brunetka.
Spojrzałem w stronę głównych drzwi zamku. Moja ukochana właśnie z nich wychodziła. Była przepiękna. Rozglądała się po błoniach. Spojrzała się w moją stronę. Pomachałem do niej. Zaczęła biec w moim kierunku.
- No, hej! – uśmiechnęła się.
Wspięła się na palce mnie pocałowała. Przyciągnąłem ją do siebie. Merlinie! Jak ona całuje! Jak można się tak dobrze całować? Jest w tym bez wątpienia najlepsza. Żadna jej nie dorównuje ani Marietta, ani Pansy, ani jakaś inna.
Skończyła.
Niestety.
-  Cześć – wymruczałem tuląc ją do siebie.
-  To, co porobimy? Może się przejdziemy?
- Jasne. – ująłem ją za rękę.
            Szliśmy brzegiem jeziora. W lustrze wody pięknie odbijało się niebo. Luna z rozmarzeniem w oczach rozglądała się po okolicy.
-  Uwielbiam to miejsce. Cały ten zamek, błonia, jezioro. To jest naprawdę  niezwykłe miejsce.
- Wiem, co czujesz. Też to uwielbiam. – powiedziałem.
            Hogwart był o wiele inny niż mój dom. Moja rezydencja, tak miał w zwyczaju nazywać go mój ojciec, była dość ponura. Kiedyś mi to nie przeszkadzało. Nawet to w nim uwielbiałem. A teraz… Wolę ten zamek, który jest otwarty dla każdego. Ma swoje tajemnice tak jak moja rezydencja, co w obu mnie intryguje. W zamku mogę spokojnie jest je poznać, a w domu już nie…
- Słyszysz? – spytała. – To musi być, któryś z tych wstrętnych hipogryfów! Pamiętasz jak tamten Cię urządził?
- Co ty gadasz? – spytałem – Przecież ty je lubisz?
- Od kiedy niby?  One są wstrętne!
- Odkąd na Opiece na Magicznymi Stworzeniami na jednym z nich leciałaś.
- To… Eee… Odmieniło mi się! – krzyknęła.
- Co się z Tobą dzieje?
- Mówię, że nie lubię jakiś zwierząt i już coś musi być nie tak! – odeszła ode mnie na kilka kroków.
- Uspokój się. – powiedziałem. – Po prostu mnie zdziwiło. Jeszcze dwa tygodnie temu chciałaś znowu na nich polatać.
- No tak… Eee… Ale mi się po prostu odmieniło.
- Na pewno wszystko dobrze? – spytałem. Zachowywała się dość dziwnie.
- Tak.
- Przepraszam, że tak na ciebie naskoczyłem. – podszedłem do niej i ją przytuliłem.
- Dobrze… Nic się nie stało. – powiedziała. – Jest mi trochę zimno.
Ściągnąłem swój sweter i pomogłem go jej założyć.
- Dziękuję.
Dalsze rozmowy były o moich SUM-ach, tym co się dzieje na lekcjach, jak to do niej się przeczepił pewien Krukon.
- Kocham cię. – powiedziałem.
- Ja ciebie też.
Pocałowałem ją. Kiedy to robię, Luna jakby rozpływa się w moich ramionach. Jest wtedy jeszcze delikatniejsza niż zawsze. Dlatego uwielbiam ją całować. 

***

- Draco… Wstawaj! - jakiś dziewczęcy głos mnie obudził.  Czyli jednak udało mi się usnąć.
- Daj mi spać…
- Wstawaj! Za chwilę się śniadanie skończy! – krzyknęła.
            Otworzyłem oczy. To była Pansy.
- Dlaczego masz na sobie mój sweter?
Ten sweter dałem Lunie we wtorek...



______________________________

Hejo!
Jak zauważyliście ten rozdział jest z punktu widzenia Draco.
 W moim planie było trochę namieszać między nimi i chyba wyszło! Na ogół nie używam wulgaryzmów w opowiadaniach, ale tu aż się prosiło.
Jak Wam się podoba? Jeśli zobaczycie błędy to piszcie w komentarzu.
Pomysł na rozmowę o kupie podrzuciła Gabi.

Mój ostatni rozdział
Ostatni rozdział Gabi
Mapa Huncwotów
Myślodsiewnia

7 komentarzy:

  1. Świetnie.
    A więc tak to wyglądało...
    Mam nadzieję, że Luna szybko się dowie, i że do siebie wrócą.
    Czekam na kolejne i muszę w końcu wziąć się za drugie opowiadanie, które, szczerze mówiąć, wypadło mi z głowy
    Zapraszam też do mnie:
    itsmylife-dontyouforget.blogspot.com
    oraz na mój najnowszy blog
    you-are-not-alone-i-am-sorry.blogspot.com
    Buziaki
    xxx

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :D
      Zanim się dowie to trochę potrwa. Jeszcze Draco musi się wszystkiego dowiedzieć.

      Usuń
  2. Tak tak, kupki ode mnie są xD
    :D
    Fajnie że dałaś z punktu Draco. No, podejrzane to. I ten sweter... ja oczywiście wiem o co chodzi, ale ćsiiii ;3
    Czekamy na następny <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. świetny :)
    trochę zakręciłaś między nimi.
    nie powiesz, jak Pansy to zrobiła?

    OdpowiedzUsuń

*Komentarz jest dla nas motywacją, a jeśli coś Ci w danym rozdziale nie pasuje lub jest błąd napisz to w komentarzu. Postaramy się to zmienić.
* Staraj się komentować treść rozdziału. :)
*Weryfikacja obrazkowa wyłączona
* Nie zostawiaj linków do swojego bloga pod rozdziałem.
*Używaj Mapy Huncwotów i Myślodsiewni