piątek, 29 listopada 2013

Ja i Draco. Rozdział 8

Siemka. Już jestem ja i kolejna część! Mam nadzieję, że Wam się spodoba. I proszę o komentarze!

_______________

Dni mijały mi powolnie. I nie najlepiej.  Moim głównym zajęciem była nauka. Nie miałam czasu na nic. NA NIC! Nie mogłam się spotkać z Draco. Czekałam tylko na upragnioną sobotę.
Chyba nie było nic gorszego od eliksirów. Snape uwziął się na wszystkich... Tylko za to, że ja byłam z Draco.
Ginny i Neville opowiadali, że Snape na nich jest bardziej cięty niż zawsze.
-Żebyś widziała jedną z Ślizgonek. Robiliśmy jakiś eliksir co powinien być koloru srebrzysty i mieć słodki zapach. A jej był fioletowy i ostry zapach! -prawie krzyknęła- Ona dostała 4+, a ja 3-! Rozumiesz?!
-Aah... Jego kochani Ślizgoni... -westchnęłam.
-Tsaaa... Ostatnio Malfoy przestał być jego pupilkiem. Zaczął dostawać trójki, a w najlepszym wypadku czwórki.-powiedział Neville- Zaczynam my współczuć.
-Ja też. - powiedziałam. Zaczęliśmy się śmiać.
-Po za tym on chce poinformować o tym jego rodziców.-dodał.
-CO?!-krzyknęłam zszokowana.
-Ej, Neville, a nie musisz pójść ze mną po coś do biblioteki?- zapytała Ginny. Chyba Neville powiedział za dużo.
Ale mimo to bardzo ich lubię. Są jednymi z moich najlepszych przyjaciół. Zazwyczaj mnie rozumieją i wspierają. Dodatkowo Neville zawsze mnie rozśmiesza.
-Przepraszam Cię, Luna, ale musimy iść.-powiedzieli- Do zobaczenia!
-Cześć- krzyknęłam. I zaczęłam rozmyślać o tym co Neville powiedział. 
Ciekawe jak jego rodzice na to zareagują... Może nie będzie tak źle. Może pozwolą mu być szczęśliwym?
Ogarnął  mnie niepokój.
A co jeśli zabronią mu się ze mną spotykać?  Zabiorą z Hogwartu?  I nigdy więcej się nie zobaczymy?
Nie, nie, nie! Nie chcę! Nie mogę! 
Przestań o tym myśleć!
Masz przestać!
Uspokój się!
Nic złego się nie stanie!
***
Ze wszystkich dni w tym tygodniu najgorsza była środa. Miałam wszystkiego dość. Zwłaszcza ludzi...
Dzień zaczął się normalnie.
Na śniadaniu siedziałam koło Cho. Całe śniadanie przegadałyśmy. Z tego wszystkiego nie pamiętam nawet o czym, ale praktycznie cały czas się śmiałyśmy. 
Przyleciała sowa od mojego taty.  Był przy niej najnowszy  "Żongler" i... Przeraziło mnie to... To była... CZERWONA KOPERTA! WYJEC! Tata przysłał mi wyjca!
-Tylko nie to! -krzyknęłam na całą salę.
-Szybko weź wybiegnij!- powiedziała. Biegam dość szybko, ale teraz gnałam ile się w nogach. Na szczęście wyjec wybuchnął na schodach.
-LUNO LOVEGOOD! DLACZEGO NIE ODPISUJESZ MI NA LISTY?!-wyjec darł się głosem ojca- CZY COŚ CIĘ ŁĄCZY Z MŁODYM MALFOYEM?!
Cholera... Czyli tata wie, a to znaczy, że dobrze nie jest. 
Skąd on to wie? Może już rodzice Draco wiedzą i mój ojciec się od nich dowiedział.  Póki co się nie dowiem.
Wiedziałam już, że do końca dnia nie odzyskam tak dobrego  jak miałam przed dostarczeniem wyjca. No cóż... Będę musiała wytrzymać.
Poszłam do wieży. Było za dziesięć siódma. Wzięłam torbę i zaczęłam iść do sali, gdzie mieliśmy Transmutację.
Na przed ostatniej lekcji czyli historii magii, jak zawsze było nudno. Profesor Binns znów coś dyktował.  Musieliśmy zapisywać jakieś daty. Oczywiście nikt tego nie robił. Wszystko co nam dyktował było w podręczniku.
-Napiszcie o Wielkim Zlocie Czarodzieji z 999r. na dwa zwoje. - tak brzmiała praca domowa. Profesor Binns zadaje nam tą pracę przynajmniej raz w tygodniu i zawsze oddajemy mu tą samą, a on i stawia różne oceny.
Wyszłam z sali od historii i natknęłam się na grupę Ślizgonek. Chyba były na trzecim roku, czyli są o rok młodsze ode mnie. Specjalnie przeszłam koło nich wolno, żeby słyszeć o czym mówią.
-Oh... Szkoda, że takie ciacho jak on chodzi z kimś takim. -stwierdziła długowłosa szatynka.
-Ona nawet człowiekiem nie jestem. - stwierdziła blondynka o fioletowych oczach.
-To jest coś. - dodała wysoka dziewczyna o jasnobrązowych włosach.
-No cóż. Widzicie jak jest. Ale jak on mógł wybrać Pomylunę? - kontynuowała szatynka- Nie wiem jak Wam, ale mi to kompletnie złamało serce.
Normalnie nie przejmowałabym się nimi, ale przez wyjca zrobiło mi się smutno. Myślałam, że się popłaczę, ale najgorsze było przede mną.
Zaczęły iść. Ja za nimi.
-Chyba każdej normalnej dziewczynie. -wtrąciła się niska pieguska -Oprócz tych przemądrzalców z Ravenclaw i kretynek z innych domów co czasem wyglądają jak małpy.
Zatrzymały się stanęły w kółku, a ja szłam dalej.
Nagle ktoś mnie popchnął i wpadłam na szatynką.
-Oh! Weź sie ogarnij! -krzyknęła - Myślisz, że tobie wolno wszystko?! To się mylisz! To że chodzisz z Draco nie znaczy, że jesteś pępkiem świata.
-Jakbyś nie była tak zadufana w sobie- nie wiadomo skąd wyłonił się Draco- zauważyłabyś, że ktoś popchnął. No ale skoro widzisz tylko czubek swojego nosa, a innych ludzi nie dostrzegasz to tak sie dzieje.
-A może byś zobaczył ile dziewczyn zraniłeś?! -krzyknęła.
-A wiesz, że Ty więcej osób zraniłaś niż ja dziewczyn? -był opanowany. To na pewno nie była maska.
-Skąd Ty to niby wiesz? - szatynka była oburzona, a w okół wszystkich zebrali się ludzie.
-To widać. -powiedział i mnie objął- Chodź, kochanie.
-Co teraz masz? -zapytałam.
-Nic. Mam godzinę wolną, a potem transmutację- odpowiedział- Teraz masz eliksiry?
-Tak.
-Współczuję. -powiedział.
-Czemu? -zdziwiłam się.
-No bo wiesz pierwsze mam eliksiry.  -powiedział sie śmiejąc- I trochę z Harry'ym go wkurzyliśmy. Hermiona i Ron zresztą też. A teraz będzie bardziej wkurzony, przez Mandy.
-Kto to Mandy?-zapytałam.
-Ta brunetka, z którą się z nami wykłócała.- powiedział. Naturalnie jak to chłopak. Kolorów włosów nie rozróżniał.
-Szatynka.-poprawiłam go.
-Co za szatynka? -zdziwiony uniósł lekko jedną brew.
-No ta Mandy. Ona jest szatynką. -powiedziałam z naciskiem na trzy ostatnie słowa.
-A to jest jakaś różnica? -typowa chłopak - Dobra leć już. Później mi wytłumaczysz.
-Pa-wspięłam się na palce by pocałować go w policzek. 
Niestety musiałam już iść. Mój humor robił się coraz gorszy, ale nie dawałam po sobie tego poznać.
Weszłam do klasy równocześnie z Chambers,dziewczyną z którą siedzę. Na szczęście Snape'a jeszcze nie było, więc spokojnie zajęłyśmy miejsca. Ale i tak spokój długo nie potrwał.
Snape wparował, dosłownie wparował, do klasy. I trzasnął drzwiami, a jego szata jeszcze nie skończyła powiewać Widać, że był wkurzony.
Mogłam się spytać  czym oni go wkurzyli. Oj tam, potem się spytam.
Snape podszedł do tablicy i zaczął szybko wypisywać składniki do wywaru. Domyśliłam się, że  będziemy robić jakiś strasznie trudny wywar.
-Macie go zrobić przez całą lekcję. -Snape niemalże warknął.
Wszyscy rzuciliśmy się do szafki z składnikami. Ja jako pierwsza wzięłam potrzebne składniki.
Zaczęłam spokojnie robić eliskir.
Snape krążył po klasie. Chyba tylko czekał żeby się na kimś wyżyć. Okazja się mu nadarzyła. Niestety. Trafiło na mnie.
-Panno Lovegood! Te chrząszcze są potrzebne dwa, a nie trzy!-warknął.
-Ja pomagam Chambers. -odpowiedziałam.
-Panna Chambers ma własne ręce i zrobić sama może!-oczy Snape'a rzucały błyskawice, które chciały nas zabić.
Odszedł od nas na 5 minut. Dosłownie.  Wrócił i znowu się przyczepił.
-Panno Lovegood. Powinna pani dawno zacząć mieszać, a nie dopiero teraz gdy wrze.-powiedział- Zostaje pani na chwilę po lekcjach.
-Dobrze, profesorze. -odpowiedziałam zrezygnowana. Przez resztę lekcji się już nie przyczepiał do mnie, ale oberwało się kilku osobom i oni też zostali po lekcji.
Lekcja już się skończyła. Czekaliśmy aż Snape coś powie.
-A więc, szanowni państwo, wszyscy w tę sobotę dostaniecie karę.-powiedział spokojnie.
-Ale ja gram w drużynie quidditcha. A w sobotę jest mecz! - krzyknął Jasper.
-Trudno. Ktoś inny się za pana stawi.  -na jego twarzy pojawił się lekki uśmieszek - Kontynuując. Wszyscy w sobotę macie się stawić o 9.00 u pana Filcha. Zrozumiano?
-Tak.- powiedzieliśmy chórem.
-A! I panno Lovegood to że pani spotyka się z kimś nie znaczy, że może być pani lepsza dla innych.-dodał Snape. Prawie się przez to popłakałam.
Miałam już dosyć. Chciałam, żeby ten dzień się skończył. Żeby ludzie mnie nie widzieli. Żeby nikt nie był wstanie popsuć mi humoru.

czwartek, 21 listopada 2013

Cześć

Podobny post do Kasi. Taaak, niestety szkoła robi swoje. Po prostu nie mam czasu! Przez ostatnie dwa dni na neta weszłam dosłownie na 15 minut. Zdążyłam jedynie zrobić sesję ze słówek i ogarnąć mniej więcej fejsa. Nie mam wolnej chwili na pisanie, ale już jutro piąteczek! Zamierzam przez weekend napisać dwa rozdziały, a potem je Wam dodać ;)
Dobra, to tyle. Nie przedłużając - pa.

wtorek, 19 listopada 2013

Witam.

Chcę Was poinformować, że co najmniej do następnego piątku nie dodam kolejnego rozdziału, ponieważ nie mogę pisać. Byłam dziś u okulisty i musiałam oddać okulary i odbiorę je dopiero w następny piątek. Bardzo Was za to przepraszam.

W zamian łapcie:


Kasia

niedziela, 10 listopada 2013

'W poszukiwaniu swego znicza' Rozdział 4

Proszę Was o KOMENTARZE! :) Dziękuję. Miłego czytania.

Początek dnia był normalny, przechadzka z Luną i Mariettą, śniadanie, lekcje.
Zauważyłam, że Luna parę razy jakby chciała mi coś powiedzieć. Otwierała usta, już słyszałam pierwsze sylaby, gdy nagle przerywała, cichła i zamykała buzię. Nieco dziwne.
Od rana była jednak wesoła. Cieszyłam się razem z nią.
Prace domowe miałyśmy już za sobą i szłyśmy sobie spokojnie przez korytarz, gdy nagle przybiegła Marrie.
- Cześć, Cho, szybko, muszę ci coś powiedzieć - zaczęła chichotać przyjaciółka.
- Em, Luna, pozwolisz? - spytałam.
Luna zmierzyła Mariettę podejrzliwym wzrokiem, uśmiechnęła się do mnie i skinęła głową.
- W takim razie zobaczymy się z tobą za jakieś pół godziny, nie Marrie? - powiedziałam, po czym odwróciłam się i poszłam za Mariettą.
- Nie uwierzysz, co się stało. Mam dla ciebie 2 wiadomości. Dobrą i złą - powiedziała dziewczyna.
Właśnie stanęłyśmy sobie w zacisznym zakątku, gdzie nikt nam raczej nie przeszkodzi. Jestem ciekawa, co takiego ma mi do przekazania przyjaciółka.
- Hmmm... to może zacznijmy od tej lepszej, co?
- Więc słuchaj. Uwaga... mam chłopaka! - krzyknęła nieco za głośno Marietta, po czym odruchowo zakryła usta dłonią. Pewna dama, która właśnie spała na swym obrazie przebudziła się, wygarnęła Marrie, ofuknęła ją i odeszła 'pożalić się swoim przyjaciółkom'.
- Jędza - wyszeptała dziewczyna.
- No, dobra, a teraz ta zła wiadomość - powiedziałam na jednym takcie.
- Jak by tu... widzisz, moim chłopakiem jest Cedrik.
Wybałuszyłam na nią oczy. Nie mogłam uwierzyć. Stałam tak w milczeniu i pewnie wyglądałam na nieobecną.
- Widzisz, powiedział mi coś w sekrecie. Tylko nie wypaplaj, dobrze? - uśmiechnęła się lekko do mnie, po czym zaczęła dalej - Wiem, że nie wypaplasz. Tylko nie bierz sobie tego do serca. Powiedział mi, że jesteś dziwna. Nie potrafisz się zdecydować i ma już tego dość. Ma dość ciebie.
Zrobiła nieco smutną minę i położyła mi rękę na ramieniu. Lecz na jej twarzy znów pojawił się lekki uśmieszek.
- Nie uwierzysz, jak to się stało. Wyszłam na placyk, tak sobie odpocząć i przyszedł on. Zaczęliśmy rozmawiać, no i w końcu zaczął mówić to o tobie - opowiadała Marrie w naszej drodze powrotnej, jej wcześniejsze słowa zaczęły do mnie docierać - a potem stwierdził, że ja jestem inna, taka jak lubi. I spytał się mnie czy chcę się z nim spotykać. Czułam jak mi latają motylki w brzuchu, na prawdę! To było coś niezwykłego, gdy się tak na mnie patrzył - nadal ciągnęła dziewczyna. Świergotała jak poranny ptaszek.
Doszłyśmy na jeden z głównych korytarzy. Było tam sporo ludzi, postanowiłam więc od niej uciec. Zauważyłam jeszcze jak na mnie spojrzała, wzruszyła ramionami i z wielkim uśmiechem pobiegła do reszty dziewczyn. Z moich oczu zaczęły płynąć łzy. Obraz mi się rozmazywał, ledwo widziałam, jednak biegłam przed siebie i nie zwracałam uwagi na tych wszystkich potrąconych przeze mnie przechodni.
W pewnym momencie jednak zderzyłam się z kimś zbyt mocno i upadłam.
- O, Cho! - usłyszałam znajomy mi głos. Był to Ron.
- Pp-przeee..przepppraszzam - wyjąkałam.
- Nic się stało... Ej, czy ty... płaczesz? - zaczął mi się przyglądać - co się stało?
- Ppp...przeppraaszam, niee tterraz, chcę bb..być ssama - wyjąkałam ponownie, po czym pognałam w stronę naszej wieży.
Tak, teraz jedyne czego potrzebowałam to samotność i trochę czekolady.
Wtargnęłam do pokoju wspólnego. Nie obchodziło mnie, że wszyscy nieco dziwnie mi się przyglądali. Pobiegłam do mojego dormitoium i zatrzasnęłam z hukiem drzwi. Padłam na łóżko i zalałam się łzami. Czułam, że zamoczyłam już kołdrę. Nie obchodziło mnie to. Pozwoliłam moim uczuciom  w postaci słonego płynu wypływać z oczu.
Usiadłam na łóżku i zaczęłam analizować wszystko. Jak to się stało, że Cedrik coś takiego o mnie mówił? Przecież Marietta nie mogłaby mnie okłamać, nie ona. Przecież przyjaźniłyśmy się już tyle lat.
Ale ona też ostatnio się zmieniła, miałam wrażenie, że nie jestem dla niej tak ważna jak kiedyś. Mówiła to wszystko z taką lekkością, jakby się z tego cieszyła. Cieszyła się z mojego nieszczęścia.
Miałam już wszystkiego dosyć. To wszystko jest takie skomplikowane. Wydawało mi się, że wszystko idzie dobrze. Zakochałam się. Nawet wysłałam Cedrikowi list, z propozycją jakiegoś spotkania. Myślałam, że on też tego chce. Nic już z tego nie rozumiem. Nic.
Nie wiem ile już tak siedziałam. Nagle ocknęłam się. Zapomniałam o Lunie. Ech, znajdzie mnie. Nie chce mi się ruszać z tego miejsca. Usłyszałam, że ktoś się zbliża. Była to ona, Luna.
- Cho? Ty płaczesz? - spytała Luna - A to podła żmija - zaczęła wymieniać obelgi wymachując pięścią, co mnie trochę rozbawiło, ale nie na długo.
- Co ci ona zrobiła, co? - dopytywała.
- Cedrik - wymamrotałam - Byliśmy świeżą parą. Od ilu dni? 3? A on to skończył, zanim w ogóle się zaczęło - podsumowałam.
- Och, Cho. Nie przejmuj się nimi. Nie wiem, co odwaliło Cedrikowi, ale wiem, że popełnił wieeelki błąd. A ona nie zasługuje na twoją przyjaźń, jeśli cię rani i cieszy się z twojego smutku - Luna siadła obok i głaskała mnie po głowie.
Była moim jedynym pocieszeniem w tej chwili. Dobrze, że mam chociaż ją.
Opowiedziałam jej wszystko, słowo w słowo. Luna słuchała z zaciekawieniem, a jej pięści zaciskały się. Gdy skończyłam zerwała się z łóżka i zaczęła:
- Wygarnę mu. Tak! Nie będzie mi tu krzywdził przyjaciółki.
- Daj spokój, Luna. - powiedziałam ocierając łzy.
- Żadne daj spokój. Jak to jesteś dziwna? Jak niezdecydowana? Trzeba z nim stanowczo pogadać! - wrzasnęła ze złością.
- Już ja wiem, jak ta twoja rozmowa z nim będzie wyglądała - rzekłam z zapewne dziwnym wyrazem twarzy, ponieważ Luna zaczęła mi się przyglądać i lekko chichotać.
- Ech, dobra. Masz tu siedzieć, rozumiesz? Ja idę go poszukać - powiedziała władczym tonem.
- Nie mam zamiaru się stąd ruszać. Nie w takim stanie. Jak ja w ogóle wyglądam? - spytałam, podnosząc lekko do góry wzrok.
- Taaaak, nie w takim stanie - uśmiechnęła się krzywo - To ja idę - powiedziała, po czym zamknęła drzwi i już jej nie było.
Sięgnęłam po moją różdżkę, machnęłam nią w powietrzu i przed moją twarzą zaczęła pojawiać się substancja. Po chwili ukształtowała się w zwierciadło. No tak. Czerwona twarz, opuchnięte oczy. Okropność. Machnęłam szybko różdżką, tym razem aby substancja zniknęła.


                                                                    ***

- Cho... CHO! CHO!! - słyszałam coraz wyraźniej jakiś głos wołający moje imię.
-Mhm trrp - zaczęłam mamrotać coś niezrozumiałego.
- No, już! Wstawaj - czułam jak ktoś zaczyna trząść moim ramieniem. Zaczęłam odzyskiwać świadomość, przebudzałam się. Po pewnej chwili otworzyłam zaspane oczy i ujrzałam stojącą na de mną Luną, usiłującą mnie dobudzić.
- Co? Jak? - spytałam trochę niemrawo.
- No, wreszcie. Widzę, że zrobiłaś sobie małą drzemkę. To dobrze. Od razu trochę lepiej wyglądasz - powiedziała siadając obok mnie.

- Ym... I jak było? – spytałam siadając i przecierając oczy.
- Nie uwierzysz. Ok, więc słuchaj uważnie… 



:) Wreszcie rozdział <3 No, to teraz czekam na Wasze komentarze ;) Proszę, KOMENTUJCIE. Podobał Wam się rozdział? A może macie też jakieś zastrzeżenia? Piszcie :)





sobota, 9 listopada 2013

Ja i Draco Rozdział 7



-Ooh… Draco tu jesteś! – podbiegła do niego i udając potknięcie, zarzuciła mu ręce na szyje- Oojć… Przepraszam. Potknęłam się.
Zrobiła skruszoną minę, a mnie ogarnęła złość. Złość i zazdrość. Nigdy tego nie czułam, przenigdy. A teraz gdy ona tak bez karnie zarzuciła mu ręce na szyję i się do niego przytuliła, a to wszystko niby  przez przypadek.  A on… On nic nie zrobił. Pozwolił jej się do niego przytulić.
-Nic się nie stało. – odpowiedział  bez emocji.  Jego twarz była maską. Maską, którą każdy z Hogwartu dobrze zna.  Maską szydercy. Maską, którą ściąga tylko przy mnie.
-Ale naprawdę. Przepraszam ciebie. – mogłaby być aktorką. Tylko jej twarz mopsa wszystko psuje.
-A co chcesz dokładniej? – niemalże warknął. Chyba się ciut zniecierpliwił.  Maska powoli schodzi z jego twarzy. Widać, że jest porywczy. Pasuje mi to.
-A może by tak milej, Draco –fuknęła – Nie jestem popychadłem w stylu tej Pomyluny.
-Odwal się od –ugryzł się w język. Był wyraźnie wkurzony.
-Od kogo? – uśmiechnęła się złośliwie i się na mnie spojrzała.
- Ode mnie. – warknął.
-Ale, Draco, zrozum martwimy się o Ciebie. –powiedziała łagodnie. Za łagodnie.
-Wy? Czyli? –zapytał zdezorientowany.
-No my. Ja, Blaise, Crabe, Goyle i reszta naszych przyjaciół- rzekła. Ona naprawdę tego nie powiedziała, tylko rzekła. Rzekła tak jakby by była  o tym przekonana, święcie przekonana. Jakby była pewna, że Ci, których ona wymieniła  też się o niego martwią.
-Jacy przyjaciele?! Ooh… Weź już nie kłam! –powiedział mocno wkurzony. Nigdy nie widziałam go w takim stanie. W sumie to widziałam go tylko szczęśliwego i w „masce”.
-Coo? –zatkało ją.  Jej oczy zrobiły się jak  talerze.  O mały włos nie zaczęłam chichotać.
-To co słyszałaś! Ani Ty, ani Blaise przyjaciółmi moimi nie jesteście! –wygarnął jej.
-A-ale jak-k to? –nie docierało to do niej.
-Normalnie. Nie zachowujecie się tak!  -krzyknął- Utrzymujecie ze mną znajomość,  bo mój ojciec jest kimś ważnym.
- A Crabe? A Goyle? –zapytała zdezorientowana, a po chwili dodała- A nie… Oni się nie liczą… Oni są na to za bardzo głupi.
-I tu się mylisz. Oni po prostu udają. – wytłumaczył jej- Nie znasz dobrze człowieka a go oceniasz.
-No wiesz co! –fuknęła- To za taką mnie masz?
-Widzisz… –powiedział – już wiem co jest dla mnie dobre.
Podszedł do mnie i objął mnie ramieniem.
-Co ma znaczyć?! Oszalałeś?- zaczęła krzyczeć- Jak możesz ja dotykać?! Przecież to Pomyluna! Dziwaczka!

-Dla Ciebie to jest dziwaczka, a dla mnie cały światem- pocałował mnie w czoło. Poczułam się szczęśliwa. Ogarnęła mnie radość.
-Ale jak to? –zdenerwowanie Pansy ustępowało zszokowaniu- Przecież myślałam, że mnie kochasz?
-No widzisz. Myślałaś.
Siedziałam cicho jak mysz pod miotłą. To nie było do mnie podobne.
-Ale… Ale zachowywałeś się tak jakbyś mnie kochał! – chyba zaczęła się załamywać.
-Nigdy ciebie nie kochałem. I nawet się tak nie zachowywałem uroiłaś to sobie! -Draco był w tym momencie z lekka nietaktowny. 
-Jak wolisz. -w jej oczach pojawiło się mnóstwo jadu- Cały Slytherin was znienawidzi.  Zobaczysz.
Odwróciła się na pięcie i wyszła.
-Nie boisz się? - wyszeptałam.
-Nie mam czego. -zapał mnie za rękę- Chodź.
Zeszliśmy po schodach. Trzymaliśmy się za rękę.
-Idziemy na dziedziniec? -zaproponował.
 -Jednak już się nie obawiasz?- zaintrygowana uniosłam brew.
-Nie. I tak Pansy by rozpowiedziała i tak.-odpowiedział- I zapewne będę mieć przechlapane u Snape'a. Trudno... Jakoś to przeżyję.
-Idzie się do tego przyzwyczaić. -zaśmiałam się gdy wychodziliśmy na dziedziniec.
-Ach tak?- uśmiechnął się, ale tak jakby coś kombinował.
Nie spodobało mi się to.
Chwilę później już wiedziałam o co mu chodzi.
Wziął mnie na ramię i okręcił się kilka razy wokół własnej osi. Zaczęłam piszczeć. Piszczałam ze szczęścia.
-Puść mnie! -krzyknęłam śmiejąc się. Byłam najszczęśliwszą dziewczyną na świecie, a na pewno w Hogwarcie.
-Twoje życzenie moim rozkazem. -postawił mnie na ziemi i pocałował.
Gdy skończył mnie całować. Ujrzałam jak piękne  drzewa. Ich liście powoli zaczęły przebierać  odcienie żółci, ale nadal królowała zieleń. Jeszcze musiałam trochę poczekać do momentu gdy liście będą miały piękne odcienie pomarańczu i czerwieni.
Zauważyłam też jak inni się na nas patrzyli. Część, głównie to byli Ślizgoni, patrzyli na nas z pogardą, a inni zdziwieni.
-Luna!- podbiegła do mnie Cho. Uściskała mnie.
-Udało się? -zapytałam się, a Draco spojrzał na mnie zdziwiony.
-Tak!-krzyknęła- No to ja już idę. Do zobaczenia na obiedzie.
-Do zobaczenia. -odpowiedziałam.
-Mogę wiedzieć o co wam chodzi? Czy nie?-zapytał się mnie mój ukochany.
- Czy nie. Dowiesz się dziś na obiedzie, albo i wcześniej.-powiedziałam uśmiechając się, bo zobaczyłam już Hary'ego.
Nagle zaczęło strasznie wiać.
-Choć może lepiej do środka- powiedział.
-Z wielką chęcią. - odpowiedziałam. Zaczęło mi się robić zimno i zaczęłam 
się trząść.
-Masz- Draco ściągnął swój sweter i dał go mi- Załóż.
-Dzięki.-założyłam.
Po pięciu minutach zrobiło mi się cieplej.
-Wiesz co? Ja już chyba pójdę do dorminatorium. powiedziałam.
-Czemu? -zrobił smutną minę.
-Mam jeszcze pracę domową do zrobienia.-wyjaśniłam.
-To no idź.-pocałował mnie w policzek.
Skierowałam już się w stronę schodów gdy nagle ktoś pociągną mnie do tyłu. Odwróciłam się.
-Jeszcze jedno, kochanie- wymruczał Draco-- Sweter zostaw sobie.
-Dzięki, skarbie.

piątek, 1 listopada 2013

Ja i Draco. Rozdział 6

 Mam prośbę, tylko jedną KOMENTUJCIE. Bardzo Was oto proszę.

_________________________________________________
Wchodziłam z Cho po schodach.
- No to... Czekam! - powiedziała.
- To sobie poczekasz- prawie wyśpiewałam to zdanie.
Nigdy nie byłam tak szczęśliwa jak teraz. Nigdy!
- A kiedy się dowiem? - zapytała Cho.
- W naszym kąciku! - odpowiedziałam.
Nasz kącik to kąt w pokoju wspólnym Krukonów za posągiem Roweny Ravenclaw. Stoi tam mały, okrągły stoliczek, a przy nim dwa, błękitne, miękkie fotele.  Bardzo lubimy tam przesiadywać. Jest tam idealnie! Nikt nigdy nam nie przeszkadza. Nawet Marietta.
No właśnie, Marietta. Przyjaciółka Cho. Nie może ona znieść tego, że Cho przyjaźni się także ze mną. Ogólnie Marietta za mną nie przepada i jak dla mnie najprzyjemniejszą osobą nie jest. Wydaje mi się, że jest z lekka zazdrosna Cho i Cedrika. Zdaje mi się, że mimo tego, iż chce by byli razem to tak naprawdę liczy na to, że się rozstaną.
Właśnie podbiegła podekscytowana:
- Cho! Nie uwierzysz co się stało! Chodź ze mną szybko! - podekscytowanie prysło gdy mnie zauważyła - Oh... Cześć,Luna..
Bardziej chłodniej odezwać się nie mogła...
- No to... - spojrzała z powrotem na  Cho - No to idziesz ze mną?
- Luna, wybaczysz mi jeśli się na góra pół godziny odłączę? - przyjaciółka zwróciła się do mnie.
- Możesz spokojnie pójść.- odpowiedziałam z uśmiechem, ale zaczął mnie ogarniać nie pokój.
Kiedy Cho z Mariettą zniknęły za rogiem podbiegła do Ginny. Była z lekka przygnębiona.
- Ginny, co się stało?- zapytałam zaniepokojona.
- Zerwałam z Harry'ym!- powiedziała.
- Co-o?- wykrztusiłam zszokowana. - Ale... Ale jak to się stało?
- Może nie tutaj. Chodź do pokoju życzeń - zaproponowała.
Przytaknęłam.
Przez chwilę wyłączyłam myślenie. Nawet nie wiem kiedy znalazłyśmy  się Pokoju Życzeń.
- A kiedy zerwaliście? -zapytałam się.
- Wczoraj po kolacji.
- A dlaczego?
- Bo, bo... Nie wiem.- powiedziała - Naprawdę nie wiem. Tak jakoś wyszło. Po prostu nie czułam, że między nami jest tak jak kiedyś. Ogólnie chyba obydwoje nie czujemy tego co kiedyś.
- Jak to? - zadziwiło mnie to. I to bardzo. Jak to oni? Oni ze sobą zerwali? Niee... To niemożliwe.
- Normalnie. Ja chyba przestałam czuć do niego to co wcześniej. A Harry chyba też.
- A skąd to wiesz?
- Nie wiem, czuję to. - powiedziała - Czuję to po tym jak mnie dotyka, jak się do mnie odnosi, jak się na mnie patrzy... Luna, ja to po prostu  czuję. Najzwyczajniej w świecie...
Patrzyłyśmy na siebie w ciszy. Nie wiedziałam co zrobić. Nie wiedziałam co powiedzieć.
- Muszę już iść. - powiedziała Ginny.
- Dobrze. Ja też idę. - wyszłyśmy razem przez drzwi.
***

Weszłam do pokoju wspólnego. Szukałam wzrokiem Cho. Nigdzie nie mogłam jej znaleźć. Nie było jej nawet w naszym kątku. Zauważyłam Mariettę i podeszłam do niej.
- Gdzie jest Cho? - zapytałam się jej.
- W swoim dormitorium. - odpowiedziała chichocząc. Była za wesoła, co  było dla mnie dziwne.
Więc poszłam tam. Gdy weszłam do naszej sypialni ujrzałam zapłakaną Cho. Usiadłam na jej łóżku.
- Co się stało?
- Cce-drikk ze mną-ą zerw-aaał, a ter-raz jest z M... Mariett-tą! - powiedziała szlochając. Już zrozumiałam, dlaczego ta żmija była taka wesoła! Widać, że jej nie zależało na przyjaciółce. Większego świństwa nie mogła zrobić. Miałam ochotę ją zabić.
- Widocznie nie zasługuje na ciebie.
- N-naprawdę?- otarła łzy.
- Tak.-uśmiechnęłam się do niej- Nie wiem czy Ciebie to pocieszy, ale na pewno zaintersuje.
- Hmm...- zaintrygowana uniosła lekko prawą brew. Miało to znaczyć, że mam mówić.
- Ginny zerwała z Harry'ym.
- C-co? Ale jak to? Nieee... Żartujesz sobie ze mnie. -zrobiła większe oczy niż denka od butelek.
- Nie, poważnie mówię. Ginny mi to dziś powiedziała.
- Oh... Co ja mam teraz zrobić?- Zapytała się mnie.
- Najpierw przestań płakać i się ogarnij, a później pójdź do Harry'ego.-powiedziałam.
- A Ty co będziesz robić?- zapytała. Już nie płakała.
- A ja... Pójdę do sowiarni.- uśmiechnęłam się.  Nie wiem dlaczego powiedziałam, że tam idę. Coś po prostu mnie tam ciągnęło.
Tylko dlaczego? To pytanie nurtowało mnie całą drogę, ale odpowiedź znalazłam gdy tam doszłam.
Ciągnął mnie tam On. Draco. Stał w oknie. Przodem do wejścia. Podszedł do mnie i objął mnie w talii.
- Czekałem na ciebie- wymruczał mi ducha.
- Mmmm... Już wiem co mnie tu ciągnęło.- powiedziałam- Ty.
-Podoba mi się to.
- Mi też. idziemy gdzieś, kochanie? - zapytałam.
- Jak na razie nie.-chwilę później dodał- Ślizgoni potrafią być bardzo podli.
- No to niech tak będzie- nie pozwolił mi dokończyć, bo mnie pocałował.
To był bardzo namiętny pocałunek. Jego usta były zachłanne. Jakby zaraz miał mnie stracić. Nie wiedziałam  dlaczego. Ale podobało mi się. Nawet bardzo. To było takie magiczne.
Nagle usłyszałam czyjeś kroki.
-Może lepiej już pójdę.- powiedziałam.
-Nieee... Zostań.-przytulił mnie do siebie.
-Dobrze.
-Masz. - wcisnął mi w rękę zwitek kartki- Wyślij to.
-Już.- podeszłam i zaczęłam udawać pochłoniętą wybieraniem sowy.
- Niezła z Ciebie aktorka- szepnął i zaczął robić to samo po przeciwnej stronie sowiarni.
 Kątem oka zauważyłam, że weszła Pansy Parkinson.

____

EDIT dn. 21.10.2015
Poprawiłam jąkanie się Cho.