środa, 28 października 2015

Miniaturka: "Bądź szczęśliwa"


Do napisania tego zmotywowała mnie ta piosenka.  *klik*
___________________________________________________________________


Theodor Nott leżał w łóżku. Był szczęśliwy, mimo targających nim emocji. Odczuwał stres, szczęście, podekscytowanie i lęk, a wszystko to miało jedno źródło. Spotkanie.
To miało być ich pierwsze spotkanie poza Hogwartem, niby czysto przyjacielskie, lecz Nott chciał, by było inaczej. Był w niej zakochany od kilku lat, ale nikomu o tym nie mówił. Byłby potraktowany jak większość chłopaków z Slytherinu. Pewnie by go pobili, wmówiliby mu, że nie ma u niej szansy. Wiedział, że u Mandy się podobała wielu Ślizgonom, ale to było tylko powierzchowne. On darzył ją głębszym uczuciem, którego nigdy nie mógł poprawnie rozpoznać, ale nazywał to zakochaniem. Raz był zazdrosny o każdego, który się do niej zbliżył. Innym razem po prostu ich ignorował, bo wiedział o niej więcej niż reszta. Był wtedy pewien swojej przewagi nad nimi, bo Mandy tylko jemu wypłakiwała się i mówiła, jak bardzo dosyć ich chamskich, prostackich zaczepek.Widział jak bardzo ją to boli i nie chciał być taki jak oni. Mówiła mu, że nie ma wielu chłopaków, z którymi mogłaby się spotykać. Sama siebie nazywała flirciarą. Theodor odbierał jej zachowanie inaczej. Po prostu szukała odpowiedniego chłopaka dla siebie. Bolało go to, że jest dla niej tylko przyjacielem. Jednak zawsze cieszył się jej szczęściem i był gotów ją pocieszyć. Nigdy nie rozumiał, dlaczego jego znajomi tak ją traktują. Znał ją bardzo dobrze. Bywała chłodna, wredna i arogancka. ale jeśli kogoś lubiła, to stawała się ciepłą osobą. Nie była prymusem, ale miała wiedzę taką jakiej potrzebowała. 
Jedna rzecz go dziwiła. Dlaczego on za nią  nie tęskni? Minęła już połowa wakacji, a on ani razu nie zatęsknił. Myślał o niej cały czas. Zastanawiał się, co ona robi, jak ich spotkanie przebiegnie. Czy może będzie znaczyło coś więcej dla obu stron? Ale nie tęsknił, mimo że mieszkała na drugim końcu kraju. Był jedynie podekscytowany. Cieszył się, że ją zobaczy, ale jednak bał się. Martwił się, że spotkanie się nie uda. Wiedział, że to irracjonalne. Przecież mogli rozmawiać bez końca, śmiali się ze wszystkiego i lubili swoje towarzystwo. Jednak przerażało go to, że mogli się zmienić przez te wakacje. Była jeszcze jedna myśl, której nie chciał do siebie dopuścić... Wolał o tym nie myśleć. Spychał to w jak najdalszy zakątek swojego umysłu. Jednak, kiedy się nie pilnował, powracała. On cały czas ją ignorował.
W Londynie miała być tylko w wakacje. On miał tylko pół godziny drogi do miasta. Uznali, że będzie to dobry pretekst do spotkania. Umówili się w Dziurawym Kotle, lecz nie chciał siedzieć w miejscu. Postanowili, że po kremowym piwie pójdą na spacer po Londynie. Chciał jej pokazać, że to mugolskie miasto ma swój urok.
Spojrzał na zegarek. Dochodziła siódma. Wstał z łóżka i poszedł do łazienki wykonać oczywiste czynności. Po pół godziny wyszedł z niej całkowicie wyszykowany. Poszedł do kuchni zrobić sobie śniadanie. Jego rodzice już nie spali.
- Dzień dobry. 
- Witaj. - pierwszy odezwał się ojciec. - To o której mam cię zawieźć, synu?
- O 11 mam być w Dziurawym Kotle, ale wolałbym być nieco wcześniej. - powiedział.
- Dobrze, dobrze... - zamruczał pan Nott zapalając cygaro.
Matka Theodora siedziała na krześle obok ojca.
- Na co masz dziś ochotę, synku? - spytała.
Chłopak zastanowił się. Nie miał pewności, czy z tych nerwów uda mu się coś przełknąć.
- Naleśniki, poproszę. - powiedział.
Pani Nott klasnęła w ręce.
-  Mniszko! - przywołała ich skrzatkę domową. Mniszka była młoda, służyła swoim panom z pokorą, ale wielu rzeczy musiała się jeszcze nauczyć. Jej rodzina widziała, że potrzebuje trochę czasu, dlatego była dla niej wyrozumiała.
- Czy pani mnie wzywała? - ukłoniła się.
- Owszem. - odpowiedziała.
- O... Panicz się obudził. Czy panicz nie jest głodny?
-Tak, jestem. - odpowiedział. - Poproszę naleśniki.
- Już się robi. - ukłoniła się ponownie.
Po kilkunastu minutach przyniosła Theodorowi śniadanie.
- Dziękuję.
Skrzatka ukłoniła się po raz ostatni i wyszła z kuchni.

***
Theodor stał od pięciu minut pod Dziurawym Kotłem. Rozmyślał nad tym, jak przebiegnie ich spotkanie. Nie wiedział o czym będą rozmawiać. Chciał delikatnie zacząć temat miłości, żeby jej powiedzieć o swoich uczuciach. Miał nadzieję, że ona to odwzajemnia tylko wstydzi się przyznać. Uśmiechnął się. A gdyby myślała, że nie ma u niego szansy? Pokręcił głową ze śmiechem.
- Cześć! Co ci tak wesoło? - Mandy była punktualnie. Jak zawsze.
Obdarzyła go promiennym uśmiechem.
- Hej. Mógłbym ciebie o to samo spytać. - odwzajemnił uśmiech - Wchodzimy?
- Jasne.
- Panie przodem. - otworzył drzwi.
Zamówili dwa kremowe piwa i wybrali stolik w kącie.
- Co cię tutaj sprowadza?
- Moja chrzestna zachorowała. Powiedziałam, że mogę się nią zaopiekować. - powiedziała - Bardzo długo jej nie widziałam, wiesz? 
- Dlaczego? 
- Moja matka się z nią okropnie pokłóciła i zabroniła mi się do niej odzywać. - odwróciła wzrok. - Teraz jest inaczej. Mama się z nią pogodziła, bo tak naprawdę boi się jej straty. Odkąd się pogodziły ciocia lepiej znosi chorobę. Niedługo wyzdrowieje, a ja wrócę do domu... 
W jej głosie można było wyczuć żal. 
- Polubiłaś Londyn? 
- Nie. To znaczy... Nie wiem. - zmieszała się. - Nie wychodziłam zbyt wiele. Kilka razy przespacerowałam się z ciotką albo poszłam do sklepu. 
- To czemu nie chcesz wracać? - znał ją na tyle dobrze, że potrafił bez problemu odgadnąć jakie uczucia jej towarzyszyły. Obydwoje się śmiali, że czytają sobie w myślach. 
- Dobrze mi z ciotką. - uśmiechnęła. - Jest cudowna! Uwielbiam z nią spędzać czas.
Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. Kochał jej oczy. Były piękne. Duże, brązowe i wyraziste. Często z nich wyczytywał, co ona czuje. W tamtym momencie miał wrażenie, że coś przed nim skrywa. Nie powiedziała mu wszystkiego. 
- A jak tobie minęły wakacje? - spytała ponownie się uśmiechając. 
- Dość dobrze. Dużo czytałem i się nudziłem. Nic ciekawego, uwierz. - zaśmiał się. 
- No tak... Taki sztywniak jak ty... - pokazała mu język.
W Dziurawym Kotle spędzili godzinę. Mandy niechętnie poszła z nim na spacer po Londynie. Theodor cały czas starał zabawiać ją rozmową. Ślizgonka cały czas się śmiała i rozśmieszała chłopaka. Jednak nie ukrywała niechęci do tego miasta pełnego mugoli. Obydwoje uważali to za jego wadę, jednak Nott skupiał się na innych jego zaletach. 
Byli w pobliżu jakiegoś parku, kiedy zaczął padać deszcz. Wbiegli do parku i stanęli pod drzewem. Chłopak uznał, że to dobry moment, by wyznać jej co czuje. Wziął głęboki oddech. 
- Mandy... Jesteś naprawdę cudowną dziewczyną. - powiedział. - Jesteś piękna, mądra... 
- Przestań. - przerwała mu ze śmiechem.
- Dlaczego?
- Bo kłamiesz i żartujesz. - zaśmiała się po raz kolejny.
- Nic z tych rzeczy! - powiedział.
- Tak? To co te twoje słowa mają znaczyć? - spoważniała. - Chyba mi nie powiesz, że...
- Chcę ci powiedzieć, że jesteś najważniejszą osobą w moim życiu i... - znowu wziął głęboki oddech - I jestem w tobie zakochany od kilku lat. 
Mandy była w szoku. Nie wiedziała co powiedzieć. Z jej oczu poleciały zły. 
- Przepraszam. - wyszeptała. Zbiła tym samym Theodora z tropu.
- Za co? 
- Powinnam ci to od razu powiedzieć, ale uznałam, że jeszcze nie czas. To nie jest nic pewnego. - westchnęła. - Chyba się zakochałam. 
Ślizgon otworzył oczy szeroko. Ona się zakochała. Ona. Się. Zakochała. 
- We mnie? - spytał niepewnie. 
- Nie... - odwróciła wzrok. - Wybacz.
- To w kim? 
- Poznałam go w te wakacje... Właściwie bardziej tu pasuje, że zobaczyłam do prawdziwego dopiero teraz. - spojrzała mu głęboko w oczy. - To Blaise. 
Dalej patrzyli w swoje oczy. Oboje zapłakani widzieli w swoich zaczerwienionych oczach tylko ból i żal. Theodor nie wiedział co zrobić. Tego w głębi duszy się obawiał. Sprawdziło się.
- Będę już wracać. - wyszeptała. - Odezwę się. 
- Bądź szczęśliwa z nim. 
Został sam. Usiadł pod drzewem. I tak był cały przemoczony. Cały czas płakał, a z każdą jego łzą deszcz padał co raz mocniej. Nigdy nie pomyślał, że ona mogłaby się związać z Zabinim. Uważał, że miał prawo być zazdrosnym tylko o Malfoya. Jednak zawsze liczył na to, że kiedyś będą razem. 
Wstał. Zdecydował się wrócić do Dziurawego Kotła. Po drodze uznał, że najważniejsze jest jej szczęście. 

_______

 Mam nadzieję, że Wam się podoba. :) Komentujcie śmiało! :D 
Ten miesiąc miałam ciężkawy. Przygotowuję się do bierzmowania, więc musiałam chodzić na różaniec. Na szczęście za chwilę to się skończy.

niedziela, 11 października 2015

Ja i Draco. Rozdział 27



Cały dzień byłem jakby nieobecny. Źle się czułem po tym jak potraktowałem Lunę. Pansy i Mandy zresztą też. Nie wiem, co to miało znaczyć. Pod pewnym względem nie mogłem się też doczekać spotkania z Mandy. Miałem nadzieję, że usłyszę wreszcie prawdę.
Było mi tak źle jak nigdy. Gdy ze mną zrywała, cierpiałem, ale nie aż tak bardzo, bo wiedziałem, że wtedy chociaż ona będzie szczęśliwa. A teraz? Nienawidziłem siebie z całego z serca. Miałem dosyć bycia tym, kim jestem, Draconem Malfoyem, tym młodym arystokratą pochodzącym z rodziny popleczników Czarnego Pana, prawdopodobnie przyszły jego sługa. Po prostu miałem tego dość.  Nie chciałem być sobą. Miałem dość ludzi, którzy boleśnie przypominali mi o moim pochodzeniu.  Dlaczego zachowywałem się tak a nie inaczej?
Wpadłem na pomysł, który w tamtej chwili wydawał mi się genialny. Uciec z tej szkoły tak jak zrobili to bracia Weasley. Potem wyjechać gdzieś, gdzie nikt mnie nie zna i nie znajdzie. Przedtem tylko porwać Lunę. Zmienić nasz wygląd, żeby nikt nas nie poznał. Tak… To by było piękne. Niestety nierealne. Mnie poznałby każdy.
Ocknąłem się dopiero na transmutacji, kiedy to McGonnagal uświadomiła nas, że do SUMów pozostały jeszcze niecałe dwa miesiące. Mówiła, że mamy się przyłożyć do nauki, żeby zdać jak najlepiej.  Jednocześnie uświadomiła nas, że już od soboty będą ferie wielkanocne.
W tym roku zostawałem w szkole. Nie chciałem wracać do domu. Tłumaczyłem, że wolę pozostać w szkole, żeby móc się skupić na nauce. Było to po części prawdą. Po drugie nie chciałem poznawać ciotki Belli. Rodzice mówili, że była naprawdę świetnym człowiekiem, ale nieco nierozgarniętym i może odrobinę zbyt fanatycznym. Fakt, że była tyle lat w Azkabanie, skutecznie mnie do niej zniechęcał. Chociaż chciałbym ją bardzo poznać, ale trochę się jej bałem i sądziłem, że to nie jest najlepszy moment.  Zdaniem rodziców była o wiele lepsza niż Andromeda, siostra matki, która wyszła za mugolaka, Teda Tonksa.
Lekcja dobiegła końca. Spakowałem swoje rzeczy i wyszedłem z sali.
- Mam do ciebie sprawę. – zaczepił mnie Theodor Nott. Był trochę zdenerwowany.
- Tak? – odpowiedziałem. Nie chciałem tracić czasu na niepotrzebne rozmowy. Tą za taką uznawałem, mimo że nie znałem jeszcze jej tematu.
Lubiłem Notta, naprawdę. Był bardzo dobrym kumplem. Był niesamowicie przyjemny i zabawny. Dla mnie. Dla gorszych od nas był inny. Dawał odczuć im swoją niechęć dość dobitnie, chyba że w pobliżu był ktoś, kto mógł go ukarać.
- Wiem, że lubisz się bawić dziewczynami. – zdawał się być już spokojniejszy – Nie rozumiem, czemu tyle czasu poświęciłeś na Pomylunę, ale to, że teraz przystawiasz się do Mandy mi nie pasuje.
- Nic nie rozumiesz. Mandy mi się nawet…- nie mogłem dokończyć zdania. Theodor uderzył mnie z całej siły.  Byłem pewien, że pozostanie po tym ślad.
- Theodor! – krzyknąłem. – Ona mi się nie podoba!
- Nie wierzę ci. – był już naprawdę spokojny. – Po co się z nią spotykasz?
- Musi mi coś powiedzieć.
- A jeśli nie ma na to ochoty?
- Musi i koniec. –powiedziałem. – To ważna sprawa.
- Jak skłamie? – dalej się wypytywał.
- Za bardzo się boi. – przyznałem starając się nie okazywać żadnych emocji. Nie chciałem, żeby zobaczył moje zażenowanie.
- Czym ją straszyłeś? – Nott popchnął mnie na ścianę. Jedną rękę schował do kieszeni, żeby móc wyciągnąć z niej różdżkę.
- Nie interesuj się. – musiałem zachować resztki godności, mimo że przyjaciel celował we mnie różdżką.
- Mów.
- Nie. Chyba zapomniałeś kim jestem.  Mój ojciec się o wszystkim dowie. – powiedziałem z szyderczym uśmiechem. Nott się przestraszył. Widziałem to w jego minie.
- Jeśli ją zranisz, to nawet twój tatuś ci nie pomoże. – wyszeptał wyraźnie akcentując każde słowo. 
Odszedł i zostałem sam na korytarzu. Ja na serio go lubiłem.
Później już nie wydarzyło się nic ważnego aż do tego spotkania z Mandy. Można by powiedzieć, że był to najważniejszy punkt dnia.  Przyszedłem kilka minut przed czasem. 
Pokój Życzeń przemienił się w przytulny salonik. Po jego środku stały dwa fotele, a pomiędzy nimi był stolik. Unosił się tu zapach herbaty i pomarańczy. Po chwili udało mi się zlokalizować jego źródło. Były to dwa kubki. Zapach ten zachęcił mnie to spróbowania  jego zawartości. Była to najlepsza herbata jaką kiedykolwiek piłem! 
Zająłem fotel po lewej. Popijając gorącą herbatę myślałem tylko o tym, żeby Mandy mogła mnie tu znaleźć i nie mogła kłamać.  
Miałem nadzieję, że przyjdzie sama. Bez obstawy. Bez Pansy. Bez Notta.
Nott… Jego zachowanie mnie zastanawiało. Dlaczego tak zrobił? Zaskoczył mnie tym. Myślałem nad tym dłuższą chwilę. Aż w końcu mnie olśniło.
Nott zakochał się w Mandy.
To z tego powodu mnie uderzył. Dlatego też nie chciał dopuścić do spotkania. Bał się, że ona mnie pokocha, a ja ją zranię.
Moje rozmyślania przerwał dźwięk otwierających się drzwi.  Stanęła w nich Mandy.
- Cześć – powiedziałem.
- Co ci się stało? – pisnęła.
- Nic. – odpowiedziałem. Nie chciałem wydać Theodora, bo bałem się, że straci względy u niej, jeśli jakieś miał.  Był moim kumplem. Nie mogłem mu tego zrobić. Spojrzałem na nią wyczekująco:
- Więc co to za plan?
- Pansy od dawna chciała cię pokłócić z Luną. – powiedziała
- To żadna nowość.
Zmroziła mnie wzrokiem. Nawet wtedy była dość ładna. Nie dziwiłem się Nottowi, że mu się spodobała.
- To ona namówiła Blaise’a, żeby spróbował ją zabić. To się nie udało, więc próbowała innych metod rozdzielenia Was. W końcu zdecydowała się, żeby najpierw cię skonfundować, a potem zmienić ci pamięć. To ona była wtedy z tobą na randce.
- Wiem. – powiedziałem – Sama się wydała.
- Jak?
- Przyszła do mnie w swetrze, który dałem Lunie na tamtej na randce. Znaczy się jej. Coś jeszcze?
- Tak. To wszystko miało spowodować, że Luna z tobą zerwie jak cię zobaczy, a Pansy będzie cię pocieszać. – powiedziała. – Z punktu Pomyluny wyglądało to jak zdrada.
- A ja nic nie zrobiłem. – powiedziałem. – Jest możliwość, że wrócimy do siebie. Idę do niej.
- Ona jest z Longbottomem.
- Tylko się całowali. To nic nie znaczy.
- Jesteś pewien? Może ona już nic nie czuła do ciebie? Może to był dla niej tylko pretekst.
- Jakby mnie nie kochała, to by nie zareagowała tak na mój pocałunek z Pansy. – powiedziałem. Jednak ją zdradziłem. Mszcząc się na niej, zdradziłem ją.
Wyszedłem z pokoju. Nie zwracałem już uwagi na Mandy. Musiałem znaleźć Lunę. Bałem się, że już nie zdążę. Już wyobrażałem sobie, że nigdy nie będziemy razem. Ona będzie szczęśliwa z Longbottomem, a ja wrócę do domu. Będę samotnym sługą Czarnego Pana i zginę z rąk aurora. Pewnie zabije mnie Potter. Koleżeńskie stosunki utrzymywaliśmy ze względu na nasze dziewczyny. 
Poszedłem pod wejście do pokoju wspólnego Krukonów. Po jakimś czasie wyszedł z niego jakiś dzieciak.
- Jest może Luna Lovegood? – spytałem
- Nie. – powiedział zlękniony. – Chyba poszła na spacer, ale nie jestem pewien, bo mówiła coś o jakimś długim tyłku, a przedtem miała coś załatwić.
Świetnie, pomyślałem, nie wiem gdzie jest i gdzie się spotyka z tym Gryfonem.
Obróciłem się. Zbliżał się do mnie Longbottom.
- Gdzie jest Luna? – spytałem.
- Co od niej chcesz?
- Porozmawiać.
- Nie będziesz jej więcej gnębić. – powiedział.
- Wiesz, gdzie ona jest? – spytałem. – Jak nie, to idę jej sam poszukać.
- Nie znajdziesz jej.
- Ale chociaż spróbuję.
Longbottom wyminął mnie. Stwierdziłem, że pójdę za nim. Może to dziwne, ale teraz wszystko zależało od niego.
Szliśmy w milczeniu. W końcu usłyszeliśmy jej głos.  Rozmawiała z jakąś z kobietą. Mówiła jej coś o nas. Wyszliśmy z za rogu i w jednej chwili stanęliśmy jak wryci.
            Luna rozmawiała z jakimś duchem.

 __________________

Mam nadzieję, że Wam się podoba!
W tym miesiącu mam nieco mnie czasu na pisanie, ponieważ biorę udział w kilku konkursach i jest różaniec, na który muszę chodzić, bo idę w tym roku do bierzmowania. 
Postaram się przygotować w tym miesiącu jeszcze miniaturkę. ;)  

CZYTASZ = KOMENTUJ 


Mapa Huncwotów
Mój ostatni rozdział
Ostatni rozdział Gabrysi 
"Zwyczajnie Magiczne" Rozdział 1

poniedziałek, 14 września 2015

Ja i Draco. Rozdział 26



Jakim cudem dopiero dziś dowiedziałam jaki on jest naprawdę? Chociaż nie… Przecież widziałam go już wcześniej „w akcji”. Więc jak mogłam dać się tak omotać? Czy to była chwila słabości? Nie wiem…  A może po prostu zwykłe szczęście mnie tak zaślepiło? On  jako pierwszy się mną zainteresował, a przynajmniej udawał… Byłam tak szczęśliwa, że nie wyczułam podstępu. Jakim cudem znalazłam się w Ravenclaw, skoro tak łatwo udało mi się stracić rozum? Cała szkoła pewnie się ze mnie śmiała jeszcze bardziej niż zwykle.
Nie wiedziałam, gdzie mogę pójść. Dormitorium odpadało, bo Cho poszła na randkę z Harrym, a towarzystwo pozostałych dziewczyn mi nie pasowało. Zwłaszcza, że miałyśmy ostatnio z Padmą nieco na pieńku. Na błonia też nie pójdę, bo dopiero co weszłam do zamku. Poza tym wszyscy uczniowie są tam, a ja nie wiem czy chcę kogokolwiek widzieć. Draco i Pansy też tam są. Zdecydowałam, że pójdę pod samą Wieżę Astronomiczną. Teraz na pewno nikogo tam nie będzie. Będę mogła w spokoju pomyśleć i nikt nie będzie się ze mnie śmiał.
Ciągle płacząc skierowałam się w stronę wieży. Miałam nadzieję, że nikt mnie tam nie znajdzie.
W dalszym ciągu zastanawiałam się, jak mogłam nie zauważyć, że on sobie ze mnie żartuje. Wniosek nasuwał mi się jeden: jest bardzo dobry aktorem. Był jeszcze drugi, ale moja przynależność do Ravenclaw go wyklucza. Po prostu byłam idiotką, a Tiara Przydziału pomyliła się.
Przerwałam rozmyślania i rozejrzałam się dookoła. Nie byłam na Wieży Astronomicznej, byłam gdzieś indziej. Tej części Hogwartu jeszcze nie zwiedziłam, choć kończyłam czwarty rok. Było to bardzo długi korytarz, którego ściany zdobiło wiele obrazów. Po obu stronach korytarza były tylko  Chcąc zorientować się, gdzie jestem, podeszłam do najbliższego okna. Znajdowałam się wysoko. Możliwe, że byłam na szóstym albo siódmy piętrze. Miałam bardzo dobry widok na Zakazany Las.
Usiadłam pod ścianą, nikt mnie tutaj nie znajdzie. Naprzeciw mnie wisiał obraz pięknej, młodej czarownicy. Miała czarne włosy sięgające do pasa. Spojrzałam na podpis pod malowidłem. Głosił, że na obrazie była Helena Ravenclaw, córka Roweny.
Sama z siebie nasunęła mi się kolejna myśl. Jeśli cała szkoła się ze śmiała, to co robiła Cho? Czy ona też się ze mnie śmiała? Nie… Ona nie mogła! Przyjaźnimy się! Chociaż ona tak broni Draco… Może uknuła to razem z nim?
Luna! Krzyknęłam na siebie w myślach. Dziewczyno, logiki trochę! Cho jest twoją przyjaciółką!  Nigdy nie zrobiłaby ci czegoś takiego! Zauważyłabyś, jakby już wcześniej się z nim zadawała. On jest przekonującym aktorem!
Ale Cho przyjaźniła się też z Mariettą, dodał drugi głos w mojej głowie.
Marietta to inny przypadek. Cho naprawdę zależy na twoim szczęściu! Nawet jeśli początkowo nie popierała waszego związku, to potem zobaczyła jak z nim szczęśliwa jesteś. Pokaż, że jest godna przynależności do domu Roweny i nie pozwól, żeby twoje chore spekulacje zniszczyły waszą przyjaźń! W ten sposób nie myślisz jasno! Dajesz się zaćmisz!
Kłóciłam się ze sobą w myślach, ale miałam rację. Cho jest moją przyjaciółką. Nawet jeśli przekonała się do Draco  i wie, jak byłam z nim szczęśliwa. Zna mnie też na tyle dobrze, by wiedzieć, że na razie już z nikim nie będę tak szczęśliwa. Nawet z Nevillem…
Neville…
No właśnie… Co ja do niego tak naprawdę czułam?
Był mi bardzo bliski. Zawsze próbował mnie zrozumieć. Był moim przyjacielem. W moich oczach nigdy nie był fajtłapą. Był uroczy. Jego niezdarność także. Zawsze wiedziałam też, ze gdzieś w głębi był odważny. Kiedyś na pewno każdy kto zobaczy, tylko jeszcze nie dziś. Bardzo go lubiłam. Jak nikogo innego. Bardziej lubiłam tylko Cho, ale kiedy jej przy mnie nie było, to Neville był. Zawsze mnie pocieszał, pomagał mi. Był nawet kimś więcej niż tylko przyjacielem, ale nie był tak ważny jak Draco, którego kocham dalej.
Właśnie… Dlaczego nie mogłam przestać go kochać? Zrobił mi takie świństwo, a ja dalej darzyłam go takim uczuciem. Jestem głupia. To nie nienormalne kochać tak kogoś, mimo że okazał się taką świnią.  A może to o to chodzi? Kochać za nic? Czemu tylko bez wzajemności?  Czy z tego powodu powinnam odrzucać kogoś, kto mnie naprawdę kochał? Może jednak warto by było spróbować.
Wyjrzałam przez okno. Zaczęło się ściemniać. Powinnam już wracać do dormitorium. Przestraszyłam się. Nie wiedziałam, jak się tu znalazłam, a tym bardziej jak się stąd wydostać. Na korytarzu nie było nikogo, kto mógłby mi wskazać drogę.
- Merlinie! – krzyknęłam, a echo rozniosło mój głos.
Co mnie pokusiło, żeby iść tak daleko. Jak mogłam tak nie pilnować drogi i pójść, nie tam gdzie trzeba.
Skręciłam w lewo. Później pójdę w prawo, zdecydowałam. Tak też zrobiłam. Ten korytarz też był długi, a od niego od chodził drugi prawo. Weszłam tam. Po dwóch kolejnych zakrętach spotkałam ducha kobiety. Sunęła w powietrzu przede mną. Robiła to powoli i z wielką gracją.
- Przepraszam – powiedziałam. Dziwnie mi było prosić ducha o wskazanie drogi, ale nikt inny nie zna tak dobrze Hogwartu.
- Witaj – odwróciła się. – Zabłądziłaś?
            Rozpoznałam ją. To była Szara Dama. Po raz pierwszy miałam z nią doczynienia, bo dotychczas widziałam ją jedynie na ucztach.
- Tak. Czy mogłabyś zaprowadzić mnie do wieży Ravenclaw? – spytałam.
- Oczywiście.
Przez chwilę szłyśmy w milczeniu. W pewnej chwili poczułam chęć zwierzenia się  ze wszystko Szarej Damie. Zdawało mi się, że ona powinna mi pomóc.
- Czy mogłabyś mi pomóc w jeszcze jednej sprawie? - spytałam niepewnie. - Jesteś mądra i na pewno mi pomożesz.
- Nie jestem tak mądra jak ci się wydaje. - powiedziała- Jednak spróbuję ci pomóc.
I opowiedziałam jej wszystko.
- Nie wyjaśniłaś z nim tego. - powiedziała. - A powinnaś. Wyjaśnij, powiedz mu, co widziałaś.
- Ale on się przyznał, że kocha Pansy!
- Jestem duchem, wiem więcej niż inni. Porozmawiaj z nim. Ja nie mogę ci więcej powiedzieć.
- Czemu?
- Poznajesz ten korytarz? - spytała.
- Tak. -rozejrzałam się. Byłam niedaleko Pokoju Życzeń.
- Dalej dasz sobie radę beze mnie. - zniknęła za najbliższą ścianą.

_____________________________
Jak obiecałam jest i rozdział! 
Dopiero, co wróciłam ze szkoły. Nie mam lekcji, więc szybko dopisałam końcówkę. Później mogłabym nie mieć czasu.
Powiem Wam, że z tym rozdziałem było niezłe zamieszanie. Napisałam jeden plan i skreśliłam go, bo nie był nie tak. Potem zaczęłam drugi - w połowie przerwałam. I to jest połączenie tych obu. Jeszcze nie wiedziałam jak wprowadzić rozmowę z Szarą Damą. Jak ten fragment oceniacie?
Jak Wam się podoba rozdział? :D 
Komentujcie śmiało nasze rozdziały. Ubolewamy nad tym, że mamy tak mało komentarzy. Jeśli nie macie konta, to nic. Możecie komentować anonimowo. :) Nie bójcie się! Wasze komentarze nam się przydają. :D
Jak rozpoczęliście rok szkolny? :D

Myślodsiewnia
Mapa Huncwotów
Mój ostatni rozdział
Ostatni rozdział Gabrysi < opublikowany tydzień temu!!!
"Zwyczajnie Magiczne" Rozdział 1 < NOWE OPOWIADANIE

poniedziałek, 7 września 2015

'W poszukiwaniu swego znicza' Rozdział 12

- Mmm, bardzo dobre gofry. Luna, spróbuj - szturchnęłam przyjaciółkę w ramię. Była jakaś nieprzytomna - Eej, co Ci jest? No jedz.
Nałożyłam jej na talerz gofra. Wyglądała na naprawdę zmęczoną, jakby nie spała przez całą noc.
- Lunaaa.. może pójść do Snape'a po jakiś eliksir orzeźwiający co?
- Em.. co? Ah, nie, nie trzeba. Już jem, po prostu się zamyśliłam.
Popatrzyłam na nią badawczym wzrokiem.
- Gdyby coś cię gnębiło to wiesz że ja tu na ciebie czekam z otwartymi ramionami?
- No wiem, dzięki - uśmiechnęła się niemrawo, po czym skubnęła gofra - No, całkiem dobry.
Jadłyśmy tak chwilę w milczeniu, dopóki nie poczułam czyichś dłoni otulających moją talię. Było to tak niespodziewane, że aż wystraszyłam się i lekko podskoczyłam na ławce.
- Spokojnie, to tylko ja - usłyszałam śmiech Harry'ego.
- Wystraszyłam się - mruknęłam.
- Wybacz. Smacznego dziewczyny. Cho?
- Hmm?
- Co powiesz na małe wyjście dziś wieczorem? - szepnął mi do ucha chłopak.
- Chętnie - oblizałam palce i spojrzałam na Harry'ego. W jego pięknych zielonych oczach dostrzegłam blask.
- Potter! Zawijaj szatę!
Harry podniósł się i rozglądał, dopóki nie napotkał wzrokiem rudego chłopaka machającego w jego stronę. Pokręcił głową z uśmiechem i pocałował mnie w czoło.
Obserwowałam, jak oddala się z Ronem i Hermioną.
Z mojej czynności wyrwało mnie dziwne uczucie czegoś mokrego i zimnego na brzuchu.
- Jasna cholera! – zaklęłam na głos. Wylałam na siebie cały puchar soku dyniowego. Cały przód mojej szaty był zalany. Chwyciłam za serwetki i zaczęłam pocierać. Nic to nie dało. Spojrzałam na zegarek. Lekcje zaczną się za 10 minut, wszyscy powoli zbierali się już do wyjścia. Spojrzałam na Lunę. Z zamyślonym wyrazem twarzy przeżuwała wciąż ten sam gofr. Nawet nie zauważyła mojej reakcji.

- Luna. Słuchaj, ja lecę się przebrać. Gdybym się spóźniła to nie czekaj na mnie – mówiłam pośpiesznie, łapiąc za torbę. Spojrzała na mnie i przytaknęła.
Szłam w stronę wyjścia, zauważając spojrzenia i śmiechy skierowane w moją stronę.
Gdy tylko wyszłam, przerzuciłam torbę przez ramię i zaczęłam biec. Pędziłam w stronę wieży. Wpadłam do pokoju wspólnego tak nagle, że kilku pierwszoroczniaków aż pisnęło na mój widok. Weszłam do dormitorium, rzuciłam torbę na łóżko i szybkim ruchem zdjęłam z siebie swoją przemoczoną szatę oraz koszulę. Nie mogłam znaleźć czystej. Otworzyłam kufer i zaczęłam w nim szperać. Znalazłam jedynie koszulę z małą plamą. Nie mając nic innego pod ręką, założyłam ją, a potem wcisnęłam się w moją drugą szkolną szatę. Wzięłam torbę i wybiegłam. Na korytarzu nie zauważyłam nikogo, pewnie wszyscy siedzą już w salach. Skierowałam się w kierunku lochów. Nie miałam kiedy wylać na siebie soku tylko akurat przed eliksirami.
Zapukałam i wparowałam do klasy. Wszystkie pary oczu automatycznie skierowały się na mnie. Snape, który właśnie nachylał się nad jakimś Puchonem odkręcił powoli głowę z jadowitym uśmieszkiem.
- Czyżby panna Chang zdecydowała się w końcu zaszczycić nas swoją obecnością?
- Ekhem.. panie profesorze, przepraszam za spóźnienie – wymamrotałam patrząc w te jego chłodne oczy.
- Siadaj już – wysyczał przez zęby, po czym kontynuował swoje znęcanie się nad Puchonem.
Spojrzałam na moje dotychczasowe miejsce. Na krześle zajmowanym przez Lunę siedział Cedrik. Podążając w stronę ławki zerknęłam na Lunę – siedziała z Mariettą. Ugh, no tak, przecież to pomysł Snape’a z ostatniej lekcji.
Usiadłam i wyjęłam podręcznik. Wpatrzona przed siebie nie ruszałam się, ani nie odzywałam ani słowem. Mistrz eliksirów zaczął czytać nam temat, na który musieliśmy znaleźć w parach informacje. Wyczułam na sobie wzrok Cedrika.
Spojrzałam na niego, a on momentalnie odwrócił twarz w bok. Wywróciłam oczami i otworzyłam podręcznik na Spisie Treści.
- Zamierzasz mi pomóc czy będziesz tak siedział? – odezwałam się,

- Co? A.. Taaa.. Gdzie to jest? – spytał zmieszany.
Sięgnęłam po jego książkę i otworzyłam na odpowiedniej stronie.
- Tu. Ja biorę się za składniki i objaśnienia.


Po jakichś 25 minutach pracy w skupieniu, złożyliśmy do kupy nasze notatki i stworzyliśmy coś w miarę dobrego. Poszło gładko. Ponad połowa klasy wciąż jeszcze pisała i szukała informacji.
Nie mając nic do roboty, Cedrik zaczął skrobać coś piórem w swoim podręczniku. Wyglądał tak, jak gdyby tak na prawdę robił coś zupełnie innego - był zamyślony. Wędrował gdzieś daleko stąd, a jego bazgroły były jedynie wynikiem machinalnych działań jego ręki. Spojrzałam w stronę Luny. Wyglądała już bardziej przytomnie. Co chwilę odszeptywała coś wkurzonej Marietcie. Zerknęła na mnie i skrzywiła się znacząco. Chwilę potem Marietta zrobiła to samo i obrzuciła mnie chłodnym i przerażonym spojrzeniem.
I wróciła do pracy, nadal wykłócając się o coś z Luną.
Odwróciłam się w stronę Cedrika. Patrzył na mnie zamyślony. Po chwili ocknął się i zarumienił nieco zmieszany.
- Em.. coś się stało? - spytałam.
- Co? Nie.. nic - zawahał się.
Spojrzałam na swoje dłonie.
On wziął głęboki oddech, po czym wydał z siebie dziwny dźwięk, nieco przypominający moje imię.
Nie zareagowałam.
Po chwili podsunął mi jakąś małą kartkę a na niej napis:

Moglibyśmy pogadać?

Wreszcie!
Nie możliwe!
Czyżby po takim czasie postanowił jednak wyjaśnić to i owo?
Poczułam się podekscytowana. Musiałam powstrzymać uśmiech.
Chwyciłam za pióro i odpisałam:


Jasne. A o czym?

Podałam.

Zamarł na chwilę, po czym napisał szybko:

O nas.

Otworzyłam szeroko oczy. O nas?!
Odetchnęłam.

Okey. Kiedy proponujesz?

Zamyślił się. Zerknął dyskretnie w stronę Marietty. Chyba miał nadzieję, że nie widziała naszej 'rozmowy'.

Może być jutro wieczorem? Pod wierzbą nad jeziorem?
Tylko nie mów nic Marietcie, błagam.

Uśmiechnęłam się pod nosem. No tak. Ta dziewczyna potrafiła być niemal chorobliwie zazdrosna.

Mi pasuje.
Nic nie powiem.

Skinął do mnie i włożył karteczkę do kieszeni.
Niedługo potem Snape oświadczył, że czas minął i kazał nam złożyć nasze prace na biurku.
Wszyscy już wyszli.
Reszta lekcji minęła mi na nerwowych rozmyślaniach, jak potoczy się rozmowa z Cedrikiem.
Przypomniało mi się, jak znalazłam w jego dormitorium 'mój' list, który tak na prawdę był zupełnie inny.
- Myślisz, że czegoś się domyślił? Że coś w tym wszystkim jest nie tak? - spytałam Luny na zaklęciach.
- Nie wiem. Może - odparła. Ściągnęła brwi - Albo po prostu zrozumiał, że zachował się jak bachor. W końcu to było żałosne. Powinien był od razu z tobą o tym pogadać, no nie?
- No w sumie tak. Chociaż gdybym ja dostała taki list...
- To też byś uwierzyła? - dokończyła.
Skinęłam lekko głową. Nie byłam do końca pewna mojej reakcji. Ale w takich emocjach łatwo byłoby uwierzyć w coś takiego.
Po obiedzie zaczepiła mnie Natalie.
- O, cześć. Jak tam? Już nie gubisz się w korytarzach? - zaśmiałyśmy się obie.
- Nie. Jest okey. Widziałam cię na eliksirach.
- Na prawdę? - zdziwiłam się - Nie zauważyłam cię.
- Ah, siedziałam na końcu - machnęła ręką. - Miałam podejść po lekcji, ale nie zdążyłam. Zanim się spakowałam ciebie już nie było.
- Oh, spieszyłam się. Wybacz.
- Jest ok. Ugh! Czy ten Snape zawsze jest taki podły? - wykrzywiła twarz w śmiesznym grymasie.
- Tak. No, chyba że byłabyś Ślizgonką. Wtedy to już inna bajka.
Znów zaczęłyśmy się śmiać.
- Racja. Niezły im się opiekun trafił! Czy on kiedykolwiek myje te włosy? Mam wrażenie, że skrzaty mogłyby na nich coś usmażyć.
Złapałam się za brzuch.
- To jedna z wielkich tajemnic Hogwartu - parsknęłam ze śmiechem.
- O Merlinie! - Natalie nagle zamarła i rozdziawiła swoje usta.
- Co się stało? - spytałam, oglądając się przez ramię.
- Tam! - wskazała palcem na sam szczyt schodów - Nie wierzę! To Harry Potter?!
Uśmiechnęłam się pod nosem
- Tak.
Pisnęła. Złapała się za głowę i potrząsnęła nią energicznie. A potem wzięła głęboki oddech i powiedziała:
- Niesamowite.
- Chcesz go poznać? - mrugnęłam do niej, po czym odwróciłam się i zaczęłam machać - Harry!
- Jasne! - wykrztusiła i czekała razem ze mną.

______________________________________________

Kurde, wreszcie!
Ugh, ja nie wiem. Toż to wstyd i hańba, żeby tak długo nie było rozdziału! Ostatni był 27 stycznia! .___.
Wreszcie pojawił się następny. Chcę teraz pisać systematycznie. I bez takich odchyłów. Mam nadzieję, że znajdę czas. Muszę! Nie ma bata żebym odpuściła.
Okey. Należą mi się bęcki. Czekam ._.

DLA PRZYPOMNIENIA: Mój poprzedni rozdział

NASZE NOWE OPOWIADANIE
Myślodsiewnia