piątek, 31 października 2014

"Noc duchów"

Hejo! Dziś jest Noc Duchów, czyli Halloween. Z tejże okazji napisałam pierwszą miniaturkę. Przy okazji jest dla uczczenia pamięci o Lily i Jamesie.

Mam nadzieję, że Wam się spodoba i jest "odpowiedniej" długości. Publikowana jest w nocy, bo ciemno i straszno. Zapraszam do komentowania!

_____________

Otrząsałem się ze snu. Znowu mi się śniła piękna, rudowłosa, zadziorna dziewczyna. Leżeliśmy we dwoje na kanapie. Trzymałem ją w ramionach, a ona trzymała kilkumiesięcznego chłopca z czarnymi włosami. Był bardzo podobny do mnie, ale oczy miał zielone i tak piękne jak ona... Ten obraz stał jeszcze przed moimi oczami. Muszę zrobić coś, by była moja... Nasza przyszłość będzie tak wyglądać. 
Czuję, że dziś uda mi się z nią umówić.
Założyłem okulary i wstałem z łóżka. Z szafy wyciągnąłem niebiesko-czarną koszulę w kratę i czarne spodnie. Zacząłem układać sobie włosy, a po tym sięgnąłem po trąbkę i bęben. Zacząłem w nie walić*, by obudzić resztę. Odkąd przyszliśmy do Hogwartu na ten pokój było rzucone zaklęcie wyciszające. Musieli tu mieszkać wielcy czarodzieje...
- Panowie wstajemy! - krzyczałem. - Dziś wielki dzień! Musicie przy tym być!
- Wiemy, że jest Noc Duchów, ale nie musisz nas tak wcześnie budzić! - mruknął Łapa i rzucił we mnie pierwszą rzeczą, którą miał pod ręką. Był to budzik. Zrobiłem szybki unik, ale niestety w złą stronę... Dostałem prosto w czoło.
- James, jest sobota! Daj spokój! - zapiszczał Peter.
- Nie dam spokoju! - mruknąłem. - Nie chodzi tu o Noc Duchów... To jest co roku... A to się zdarzy tylko jeden raz!
- Lily i tak się z Tobą nie umówi. - mruknął Syriusz. Wiedział o mnie wszystko. Czasem zdawało mi się, że czyta mi w myślach.
- Droga Łapko... Dziś będzie inaczej. Zobaczysz. - zmierzwiłem swoje włosy i poprawiłem okulary.
- Jasne... Zobaczę jak dostajesz książką po raz kolejny. - zaśmiał się. Zacząłem wspominać, ile razy Lilka mi odmówiła, ile razy oberwałem od niej książką, ile razy rzuciła we mnie wazonem i ile zakładów przegrałem z Syriuszem. Uroczo się złościła, gdy niespodziewanie się przed nią zjawiałem.
- Rogaczowi się uda! Jestem tego pewien. - Peter obrócił się na drugi bok. Nie dziwiło mnie, że Lunatyk się nie obudził. Ostatni tydzień miał dość ciężki i w tym tygodniu po raz pierwszy mógł się porządnie wyspać.
- A jak do niej zagadasz, Romeo? - zaśmiał się mój najlepszy przyjaciel. Jest niewyspany, ale ma dobry humor.
- No jak to jak? Czy się ze mną umówi! - odpowiedziałem szeroko się uśmiechając. - Kiedyś zadziała.
Syriusz wybuchnął śmiechem i tarzał się po całym łóżku. Spadając z niego przewrócił szafkę nocną. Obudził tym Remusa.
- A jemu co tak wesoło? - spytał się ledwie przytomny wilkołak. Łapa śmiał się już z pięć minut.
- James znowu będzie podrywał Lilkę. - mruknął Glizdogon.
- Lunio... Jak dobrze... że... wstałeś... - Łapa próbował się przestać śmiać. - Który raz nasz Rogaś będzie się próbował umówić z Lili?
- 948, jeśli zapyta tylko raz. - odpowiedział. Lunatyk na prośbę Syriusza i Lily liczył ile razy spytałem się, czy się ze mną umówi.

*Wspomnienie. Dwa lata wcześniej*

- Potter! - Lili mnie zawołała! Nie była na mnie wściekła, tylko się śmiała. Może się zgodzi.
- Tak, Cukiereczku? - uśmiechnąłem się i podszedłem do niej. - Chcesz się jednak ze mną umówić?
- Mam dla ciebie laurkę. Podziękuj Remusowi, on mi powiedział, że to dziś. - wręczyła mi ją i odeszła. Otworzyłem ją. 

"Z okazji mojej 500 odmowy życzę Ci,
abyś wreszcie dał sobie spokój! 
I nie myśl, że się z Tobą umówię.
Lily"

*Teraźniejszość*

Rozpoczynała się uczta z okazji Nocy Duchów. Cały dzień szukałem Lilki i nie mogłem jej znaleźć. Wreszcie się pojawiła. Wyglądała świetnie. Włosy miała związane w kucyk, co było rzadkością, ale w nim wyglądała jeszcze piękniej. Koło niej miejsce było puste, jakby zarezerwowane specjalnie dla mnie.
- Liluś! - krzyknąłem i zacząłem do niej machać. Spojrzała się na mnie i się uśmiechnęła. Podniosłą rękę i mi odmachała. Stanąłem w wejściu jak wryty. 
- Syriusz! - krzyknąłem. - Widziałeś to?! Lily mi odmachała! 
- Remus też do niej machał... Nie toruj już wejścia tylko idź!
- Nie machałem do niej, tylko do Vicky. - mruknął Lunio, ominął nas i poszedł usiąść obok Vicky. Poszedłem za jego przykładem. Zająłem miejsce koło Lily, a Profesor Dumbledore zaczął swoją przemowę, jakby czekał tylko na mnie. Na samym początku pozdrowił wszystkie przybyłe duchy. Specjalnie dla nich ustawił w kącie Wielkiej Sali stół z jedzeniem. Było tam między innymi ciasto ze zgniłych jabłek.
- Cześć, Słodka.
- Cześć, Łosiu. - uśmiechnęła się.
- Nie "łosiu"! - oburzyłem się. - Jestem Jeleniem.
- Och, James... Nie obrażaj się. - patrzyliśmy się sobie w oczy. Jej oczy były dziś pogodne, a ich zieleń powodowała, że w nich tonąłem. Były takie piękne...Ona tak samo. I ten uśmiech, którym mnie dziś tyle razy obdarzyła. Nie mogłem od niej tego wieczoru oderwać oczu...
- James, ciszej trochę. - powiedziała Vicky. - Wiemy, że Lilka jest bardzo ładna.
- Nic nie mówiłem! - krzyknąłem, a wszyscy siedzący wokół nas zaczęli się śmiać. Najbardziej śmiał się Syriusz. 
- James, ale ty mówiłeś przed chwilą, że toniesz w jej oczach. 
- Myślałem o tym. - przyznałem się. Chyba on faktycznie czyta mi w myślach! Chociaż to może być telepatia, bo obydwaj mamy często takie same pomysły.
- Mówiłeś to na głos. - zaśmiał się Lunio. Też się zacząłem z tego śmiać. Może ma rację?  Nalałem sobie soku z dyni i nałożyłem na talerz kawałek pieczonego schabu. Ja, Remus i Syriusz w trakcie całej uczty zjedliśmy najwięcej. Dziewczyny podziwiały nas z tego powodu.
Po kolacji przenieśliśmy się do Pokoju Wspólnego. Ruda czytała książkę siedząc na kanapie, a ja próbowałem wziąć ją na kolana.
- Potter! Zjeżdżaj stąd! - krzyknęła - Bo dostaniesz!
Usiadłem w fotelu naprzeciwko niej.
- Nie, bo cię unieszczęśliwię. - wyszczerzyłem zęby, a ona pokazała mi język, a chwilę później spoważniała i zamilkła. Udawała, że dalej czyta, ale tak naprawdę się zastanawiała. Wyglądała tak słodko. Podniosłem się, zmierzwiłem włosy i usiadłem obok niej. Dalej nie podnosiła wzroku. Objąłem ją ramieniem i czekałem, aż mnie uderzy.
- Lily... - spojrzała się na mnie. Po raz kolejny uśmiechnęła się do mnie. Który to był dzisiaj raz? Czwarty? Piąty? Nie wiem...
- Umówisz się ze mną? - zapytaliśmy oboje w tym samym momencie. Zaśmiałem się. Przytuliłem ją do siebie, a ona nawet nie próbowała mnie uderzyć.
- Tak. - odpowiedziała. Wreszcie mi się udało! Teraz zrobię wszystko, żeby była najszczęśliwsza! 
-  Jesteś taka słodka. - wymruczałem. - Będę cię nosił na rękach.
- Tak? - zaśmiała się. Przestaliśmy się na chwile przytulać. Wziąłem ją ręce. Starałem się, by była jak najbliżej mnie. Podrzuciłem ją delikatnie przez co zapiszczała, a chwilę później śmialiśmy się z tego oboje. Każdy kto obok nas przechodził dziwnie się patrzył. Słychać było szepty, ale nie interesowało mnie to. Teraz liczyła się tylko ona. Przybliżyłem się do jej twarzy...
- Rogacz! Nie doceniałem Cię! - krzyknął Łapa widząc nas. - Gdzie ją niesiesz?
- To waszego dormitorium! - odpowiedziała. 
Zacząłem wchodzić po schodach. Nie mogę jej odmówić, przecież obiecałem!

***
- I gdzie ją zaprosiłeś? - zapytał się mnie Syriusz tuż po złożeniu gratulacji.
- Cholera! - krzyknąłem. - Zapomniałem z nią to uzgodnić.

____

Ostatni rozdział Gabi
Mój ostatni rozdział.
Mapa Hunctwotów.


UWAGI
* Nie wnikajcie, czemu James wali w trąbkę.Być może to magiczka trąbka to walenia?

niedziela, 26 października 2014

Mini informacje

Cześć! :D
Krótki post, mamy z Kasią dla Was praktycznie dwie informacje.

1. 
Dzisiaj wzrosły nam wyświetlenia (ponad 130!) z czego jesteśmy pozytywnie zaskoczone i w sumie zdziwione, bo żaden post nie był dodawany.
Z tego powodu informuję, że mój rozdział powinien się pojawić jutro, ewentualnie we wtorek. Kasi pojawi się gdzieś na początku listopada.
I każdego, kto tu zagląda i lubi czasem nasze prace poczytać - prosimy o komentarze i obserwacje :) Komentarze można dodawać też anonimowo. (+ Na prośbę Kasi - jak je dodać.).


2. 
Mamy prośbę do osób obeznanych w opcjach i dodatkach na blogu:
Wpadłam na pomysł dodania tu podstron. Ale ani ja, ani Kasia nie ogarniamy jak to można zrobić. Dlatego też prosimy każdego kto wie, jak to zrobić lub posiada link z przejrzystą instrukcją na nowym bloggerze (bo są też takie sprzed dwóch lat, na starym pulpicie bloggera) o komentarz ;) Dodaję mój wybitny rysunek z painta żebyście wiedzieli o co nam chodzi.

To by było na tyle, dziękujemy za wyświetlenia i mamy nadzieję, że ktoś nam w tych podstronach pomoże :D Pa

niedziela, 12 października 2014

"Ja i Draco" Rozdział 18.

Hej! Dziękuję za wszystkie komentarze pod tamtym postem.
Jak zauważyliście powstała zakładka Myślodsiewnia. Zapraszam Was serdecznie do korzystania z niej! Nową-starą zakładką jest też  Mapa Hunctowów, którą znaliście pod nazwą "Imaginy".  Teraz wydaje nam się, że jest bardziej przejrzysta.
Mam nadzieję, że rozdział się Wam wszystkim spodoba.

Rozdział dedykuję  Assarii Cleto, która dzielnie na niego czekała.
_____________
          Skończyłam już lekcje. Nie miałam ich mało. Bez Cho ciężko mi się odrabiało, ale udało się zrobić to dość szybko. Na naszym stoliku leżała sterta moich książek i zapisanych pergaminów. Na fotelu, na którym zwykle siedziała moja przyjaciółka, położyłam torbę. Bez niej było nudno i smutno. Smutek był nie tylko spowodowany jej wypadkiem, ale zdradą mojego ukochanego. Czytałam po raz kolejny liścik od Draco.  Zaproponował mi spotkanie. Nie miałam pojęcia czy iść tam, czy nie. Była 16, więc mogłam jeszcze pójść do Cho i się poradzić. Pewnie udałoby mi się zdążyć na spotkanie.
          Spakowałam wszystkie książki do torby i poszłam odnieść je do dormitorium. Niepotrzebne książki i czyste pergaminu wrzuciłam do kufra, stojącego u nóg mojego łoża. Spojrzałam na łóżko Cho. Było puste. Miało takiego pozostać jeszcze przez jedną noc. Jutro miała wyjść ze skrzydła szpitalnego. Usiadłam na moim łóżku i popatrzyłam na zegarek. Wskazywał 16.05. Zdecydowałam, że pójdę do Cho. Może będzie umiała mi pomóc. W głębi duszy chciałam się z nim spotkać.
          Weszłam do skrzydła szpitalnego. Leżała w nim tylko Cho.
- O! Jak dobrze, że jesteś! - krzyknęła na mój widok. - Umierałam tu z nudów.
- Wierzę. - odpowiedziałam uśmiechając się delikatnie. Podeszłam do jej łóżka i usiadłam na stołeczku.
- Wyglądasz o niebo lepiej. - uśmiechnęła się. - Przespałaś się trochę w dzień?
- Nie. Uczesałam włosy i twarz obmyłam.
- Podziałało trochę, ale dalej widać, że płakałaś. - usiadła na łóżku. - Opowiadaj co się działo u ciebie na lekcjach.
- Nic szczególnego. Na transmutacji siedziałam grzecznie. - uśmiechnęłam się. - Znaczy się... Rozmyślałam o tym wszystkim, co się dzieje. McGonagall mi się jakoś dziwnie przyglądała, a na przerwie udało mi się podsłuchać jej rozmowę i Flitwicka.
- O czym mówili? - wyprostowała się natychmiast. - Nie zauważyli cię?
- Nie... Wychodziłam z łazienki Jęczącej Marty.
- Chodzisz tam jeszcze? Przecież ona ciebie zawsze obraża. - Cho przekręciła oczami.
- Tak, tak, ale była po drodze, bo szłam do lochów.
- Ach tak! Eliksiry miałaś! - zaśmiała się. - Jak było?
- Nie było tak źle. Nie odzywał się do mnie ani Very. Tylko półgodziny przed dzwonkiem uznał, że źle zrobiłam wywar i kazał mi go poprawiać.
- Udało ci?
- Nie miałam zamiaru go poprawiać. Robiłam dalej i wyszedł mi idealny. - wyjaśniłam. -  Dostałam trójkę, a Vera zaczęła się z nim kłócić.
- Szlaban dostała?
- I wypracowanie.
Cho pokręciła głową. Zaczęła mi się przyglądać. Czemu oni wszyscy się tak na mnie patrzyli?
- Martwi cię coś, tak? - zapytała z troską w głosie.
- Tak. Mam problem. Nie jest za poważny...
- Ale jednak jest.
- Dokładnie. Nie wiem czy mam pójść na spotkanie z Draco czy nie. - wyznałam. - Wiesz, jak się teraz czuję, przez to co mi zrobił.
- Co ona zrobiła. - poprawiła mnie Cho. - Nie obwiniaj go za to. Idź na to spotkanie i mu powiedz o swoich uczuciach.
- To mnie strasznie boli. Nie wiem czy łatwo będzie mi z nim rozmawiać. - wyjaśniłam.
- Dobra, dobra... O której mieliście się spotkać? - zapytała - Przed spotkaniem powinnaś jeszcze raz uczesać włosy i obmyć twarz.  Z przemęczonymi oczami i tak już nic nie zrobisz.
- Zaproponował 17. - powiedziałam. Obie spojrzałyśmy na zegarek. Było pięć po 17.
- Hmm... - zamilkła, by móc się zastanowić jak mi pomóc i co zrobić. Nie przeszkadzałam jej. Zaczęło mi się robić smutno.
          Milczała jeszcze minutę.
- Wiem! - krzyknęła. - Musisz napisać do niego list. Już nie zdążysz się ogarnąć.
- A co w tym liście napisać?
- Zaproponuj spotkanie. - popatrzyła na mnie. - Jutro. - dobitnie wypowiedziała ostatnie słowo.
- Wytłumaczę też czemu nie przyszłam.
- No to leć już. - zaczęła mnie poganiać. - Masz jeszcze dziś go wysłać.
- Idę, idę. - powiedziałam. - Pa, pa!
        Wyszłam ze skrzydła.
        Cho ma rację. Muszę się z nim spotkać. Obydwoje nie wytrzymamy bez siebie za długo. On już powoli pęka, a ja się jeszcze jakoś trzymam.
        Marzę o nim. O jego ustach, o jego ramionach. Chciałam się do niego przytulić, pocałować, rozczochrać mu włosy. Lubiłam jak się denerwował, gdy to robiłam. Jak brał mnie potem na ręce, bo wie, że się tego boję. Jak śmiał się, gdy zaczynałam piszczeć i błagałam, żeby mnie postawił.Och... Jak ja chcę żeby tak znowu było...
        Przechodziłam koło okna w korytarzu na czwartym piętrze. Było moim ulubiony oknem, bo pięknie ukazywało błonia i Zakazany Las. Można było dużo zobaczyć, bezkarnie przyglądać się innym i nikt stamtąd nie mógł mnie ujrzeć, byli za bardzo zajęci sobą, tym co jest tam, na dole. Jak zawsze wyjrzałam przez nie. Najbardziej moją uwagę przykuła dość duża grupka ludzi. Siedzieli pod drzewem nad jeziorem. Pod tym samym, pod którym miałam się spotkać z Draco. Zaintrygowali mnie, więc zaczęłam się im dokładniej przyglądać. Było już tak ciepło, że nikt nie nosił swetrów, więc niedziwne, że byli w koszulach. Chciałam wiedzieć z jakiego są domu. Przyjrzałam się ich koszulom. Dostrzegłam na nich zielone plamy w miejscu, w którym powinien być krawat.
            Ślizgoni...
        Automatycznie zaczęłam szukać bardzo jasnej czupryny. Po chwili go znalazłam. Siedział oparty o drzewo. Był mniej ruchliwy od wszystkich, chyba trochę przygaszony i zrezygnowany. Koło niego usiadła jakaś brunetka. Zdawało mi się, że go zagadywała, bo po jakimś czasie się trochę ożywił.
        Przymknęłam oczy. Lubiłam jak się tak ożywiał, gdy coś mówił, jak zwracało się na niego większą uwagę. Czasem zaczynał śmiesznie machać rękami.
        Otworzyłam je ponownie i ponownie się na nich spojrzałam. On i ta brunetka się przytulali. To bolało. Zaczęły mi lecieć łzy, ale dalej stałam przy oknie. Co chwila ocierałam oczy, żeby móc ich widzieć. Nie wiem po co się tam patrzyłam, chyba myślałam, że jakimś cudem ujrzę kim ona jest. Wstali wszyscy. Nawet Draco i ta dziewczyna. Chyba wracali do szkoły. Dalej przytuleni. Ślizgonka była o wiele niższa od niego. W Slytherynie była tylko jedna TAK niska osoba. Pansy...
        Odwróciłam od okna. Powinnam już dawno wrócić do dormitorium. Wzięłam się w garść, by wejść  bez płaczu chociaż do Pokoju Wspólnego. Udało mi się. Tu zaczęłam płakać, nikt nie zwrócił na mnie większej uwagi. Nie przeszkadzało mi to. Nie chciałam o tym mówić. Nie chciałam, żeby ktokolwiek rzucał mi spojrzenie pełne wyższości, mówiące "To było do przewidzenia! Nikt by się nią na poważnie nie zainteresował!".
        Weszłam do dormitorium. Rzuciłam się na łóżko. Przez dłuższy czas płakałam w poduszkę. Nie wiem jak w ciągu tego tygodnia mogłam wylać tyle łez. Co gorsze, przez jedną osobę. Bardzo ważną osobę. Boli mnie serce. Znowu. A może w dalszym ciągu?  Czemu to tak boli?
Luna, zaczęłam karcić się w duchu, Musisz wyjaśnić z nim tą sprawę. 
Ale to mnie tak boli.
Trudno! To się teraz nie liczy. Motywowałam się. Wstań, weź pergamin oraz pióro i zacznij pisać list, inaczej zaboli bardziej!
       Podeszłam do kufra. Zaczęłam w nim grzebać. Udało mi się znaleźć piórko i jakiś pergamin. Rozwinęłam, by sprawdzić, czy jest czysty. Przetarłam oczy To był ten list, od którego wszystko się zaczęło. Nie pamiętałam, co było w nim napisane, więc wzięłam się za jego czytanie.

Draconie!
 Mam pewne pytanie i żądam na nie szybkiej odpowiedzi.
Myślę, że się do mnie nie zrazisz  za to. Mianowicie: 
Co myślisz o pewnej Krukonce?
Jej imię pewnie znasz. Chodzi mi o Lunę Lovegood. 
Uważasz, że jest jakoś szczególnie interesująca? Albo chociaż ładna?
Lub nadawałaby się na partnerkę?
Interesuję się nią od dłuższego czasu, ale nie wiem czy warto. 
Pomożesz?
Twój przyjaciel z Domu Węża

        Pamiętam dobrze jak go Cho pisała, mimo że to było tak dawno. Ona też miała wtedy problem. Próbowałam jej pomóc. Jej pomysłem było napisanie tego listu. Och... Jaka szkoda, że się nie przydał. Ostatnim czasem całkowicie o nim zapomniałam. Chyba nie ma się czemu dziwić... Byłam nim tak zajęta...
        List schowałam do szafki i jakimś cudem znalazłam tam czysty pergamin.  Kucnęłam przy niej i zaczęłam pisać. Miałam mały problem z początkiem. Kiedy napisałam już, zaczęłam płakać. Szybko jednak przestałam, bo miałam wysłać ten list jeszcze dziś, a było już w pół do dziewiętnastej. Zmobilizowałam się i po dwudziestu minutach odłożyłam pióro. Ze łzami w oczach zaczęłam czytać.

Kochany Draco!
Przepraszam Cię, że nie zjawiłam się na naszym dzisiejszym spotkaniu. 
Strasznie się ucieszyłam, bo Cho się obudziła i chciałam z nią spędzić trochę czasu.
Stęskniłam się za nią.
Mam nadzieję, że się na mnie za to nie pogniewasz.
Możemy się spotkać jutro o 18 nad jeziorem pod Naszym Drzewem. 
 Masz rację. Coś mnie trapi. Opowiem Ci o tym jutro.
Odpisz mi lub odpowiedz jak najprędzej, proszę. 
Całuję 
Luna.

        Zwinęłam list w rulonik i poszłam do sowiarni. Długo się zastanawiałam nad wybraniem odpowiedniej sowy. Wybrałam niewielką, puchatą, szkolną sówkę. Była taka śmieszna. 
- Leć do Dracona Malfoya. - powiedziałam wypuszczając ją przez okno. 
Wiedziałam już o czym z nim porozmawiam.
____________________

Jeśli ktoś nie może skojarzyć akcji z tym pierwszym listem, to zapraszam do rozdziału czwartego. Nieważne, że zmieniłam jego treść. :p 
Klasycznie kolejny rozdział za 5 komentarzy.
CZYTASZ = KOMENTUJ

sobota, 4 października 2014

Ja i Draco. Rozdział 17

Cześć! 
Dodaję nowy rozdział. :) Przepraszam, że w tamtym miesiącu nie dałam znaku życia. Kolejny będzie za pięć komentarzy. Z góry przepraszam za błędy jakie mogą się pojawić.
Przy okazji chciałabym podziękować w imieniu moim i Gabrysi za przekroczenie 50 wyświetleń jednego dnia. :)


_______

          W ciągu tych dwóch dni najchętniej nie odzywałabym  się do Malfoya ani słowem. Na każdej przerwie podchodził do mnie i pytał czy dziś się spotkamy. Ja, tak bardzo zabiegana, odpowiadałam, że nie mam czasu. Tłumaczyłam się dużą ilością nauki i tym, że muszę być przy Cho w skrzydle szpitalnym i czekać aż się obudzi. Uważał, że to bezsensowne, ale chciał mnie tym uszczęśliwić.
          Dziwne... Zranił mnie tak mocno i tego nie dostrzegał, a gdy odmawiałam mu, odchodził smutny. Chciałam go ignorować, ale nie potrafiłam. Z jednej strony bardzo tego pragnęłam, a z drugiej nie chciałam go tym ranić, jak on mnie pocałunkiem z Pansy. Postanowiłam się odsunąć od niego, ignorować go, by mógł być szczęśliwy z tą Ślizgonką.
          Dalej bolało mnie serce. Czułam do niego wielki żal o to, ale nic nie mu o tym nie mówiłam. Za każdym razem gdy go widziałam moje serce się cieszyło, ale pękało ponownie. To było okropne. Będąc moim największym szczęściem, przyczynił się też do  największego smutku.

***

          Długą przerwę spędziłam w skrzydle szpitalnym. Czekałam aż Cho się po tym nieszczęśliwym wypadku. Dwa dni temu spadła z miotły podczas spotkania z Harrym. Nie stało jej się nic strasznego. Była tylko trochę potłuczona. 
          Teraz znowu czekałam aż odzyska przytomność. Tym razem przyszła moja kolej, bo Harry jadł drugie śniadanie. Musiał zostać chwilę po eliksirach. Przyglądałam się przyjaciółce. Zacisnęła powieki, a po chwili je otworzyła. Patrzyła swoimi czarnymi oczami na szarawe niebo za oknem. Pogoda nie dopisywała i było jak na kwiecień zimno. Po może dwóch minutach przeniosła wzrok na mnie.
- Cześć, długo tu siedzisz?
- Hej, śpioszku. - powiedziałam jak najbardziej entuzjastycznie. - Kiedy tylko mogę, ale zmieniam się z Harrym. Dobrze się czujesz?
- Tak, dzięki za troskę. - odpowiedziała i na chwilę zamilkła. - Ile tu jestem i która jest  godzina?
- Dwa dni. Obecnie jest przerwa na długa przerwa. - powiedziałam. Cho uśmiechnęła się ciepło i zbadała mnie wzrokiem. Włosy miałam dziś w jeszcze większym nieładzie niż zwykle, a oczy pewnie nadal były opuchnięte z powodu przepłakanych, bezsennych nocy.
- Luna, powiedz mi co się wydarzyło, jak spałam?
- Dwa dni temu miałam się spotkać z Draco. Wiesz... Mówiłam ci o tym. 
- Powtarzałaś mi to jakieś 5 razy w ciągu godziny. - mruknęła. - Nie przyszedł?
- Nie... Musiałam się wrócić po coś do wieży. Jak zeszłam ze schodów, to usłyszałam Mandy i inne. - zaczęłam opowiadać jej całą historię. Kiedy doszłam do momentu, jak odwzajemnił jej pocałunek, moja przyjaciółka zacisnęła dłonie na prześcieradle. 
- Zachował się jak ostatni drań. - stwierdziła. - Jednak wątpię, żeby mógł coś takiego zrobić. Harry mi opowiadał, że kompletnie stracił dla ciebie głowę.
- Jak widać ją odzyskał. Stwierdził pewnie, że nie warto zaprzątać sobie głowy zdrajczynią krwi. Pewnie za kilka dni mnie zostawi dla Pansy i tyle z jego stracenia głowy! - powiedziałam. Odwróciłam głowę i spojrzałam na zegarek. Za chwilę miała skończyć się przerwa. 
- Jesteś dla niego za surowa.  - uznała. - Poczekaj i ochłoń, a potem go oceń i pogadaj.
- A ty pogadałaś już z Cedrikiem? 
- Nie, ale na to jeszcze przyjdzie pora. - uśmiechnęła się zagadkowo. 
- Muszę już lecieć, mam transmutację. Przyjdę po lekcjach. - pożegnałam się. Wyszłam ze skrzydła i poinformowałam, że Cho się obudziła. Szybko pobiegłam do odpowiedniej sali. Miałam szczęście, bo profesor McGonnagal jeszcze nie było. Miałam czas na wyciągnięcie wszystkiego, co potrzebne. Miałam jeszcze chwilę, by pomyśleć.
Może go faktycznie zbyt surowo oceniłam i patrzyłam przez pryzmat cierpienia.  Cho mogła mieć rację... Mógł dla mnie oszaleć. Jeszcze tydzień temu błysk takowego szaleństwa był widoczny w jego oczach. Teraz nie co przygasł. Inną rzeczą było to, że kiedyś był inny. Miał inny system wartości, który mógł powrócić. 
- Cześć, Luna! - podszedł do mnie Marco, przerywając moje rozmyślania. Był w bardzo dobrym humorze i miał śmiech od ucha do ucha.
- Hej. - odpowiedziałam. 
- Mam dla ci coś przekazać. Dostałem to od Ginny. - wręczył mi karteczkę. Otworzyłam ją i zaczęłam czytać.


Najukochańsza!
Uda Ci się wyrwać na choćby pół godziny po lekcjach?
Zdaje mi się, że coś Cię martwi. Jeśli przyjdziesz, to opowiesz mi wszystko, co leży Ci na sercu.
Około 17 będę nad jeziorem.  Mam nadzieję, że przyjdziesz, bo chciałbym Cię czuć w mych ramionach. Nawet w tej chwili!
Nie musisz odpisywać. Wystarczy, że przyjdzie
Kochający 
 Draco

          Liścik strasznie krótki, ale za to treściwy. Jak ja bym chciała utonąć w jego ramionach, mimo że JĄ pocałował. Nie wiem, czy iść i się z nim spotkać. Nie wiem, co zrobić, jak się tam zachować. Powiedzieć mu, że to widziałam czy może jednak zostawić go bez słowa. Musiałam porozmawiać o tym z Cho. Była w podobnej sytuacji i mogła mi pomóc.
- Oddajcie mi teraz swoje wypracowania z opisem przebiegu transmutacji kłębka wełny w miniaturową owieczkę. - w klasie rozległ się donośny głos McGonagall. Wzięłam dwa zwoje swojego wypracowania, w którym opisałam jak najdokładniej całą przemianę. Kiedy kładłam na biurku wypracowanie, zostałam dokładnie zbadana wzrokiem przez profesorkę. Nic mi nie powiedziała.
          Wróciłam do ławki. Na tej lekcji poznawaliśmy teorię transmutacji poduszki w kurczaka, a na kolejnej mieliśmy wypróbować to w praktyce.
- Wypiszcie czego należy się wystrzegać w trakcie tej transmutacji i dlaczego. Sądzę, że jeden zwój starczy. - zastępczyni dyrektora podyktowała nam pracę domową.
          Wyszłam z klasy i podążyłam w kierunku lochów. Po drodze zaszłam do łazienki Jęczącej Marty. Stanęłam przed lustrem. Wyglądałam gorzej niż myślałam. Twarz miałam białą jak kreda, a oczy wyróżniały się w nieprzyjemny sposób. Strasznie opuchnięte, czerwone z worami pod nimi. A włosy... Jeszcze bardziej rozczochrane niż zwykle. Ich objętość była ponad trzykrotnie większa. Sięgnęłam po torbę, aby wyciągnąć z niej szczotkę do włosów. Stawiając ją na umywalce usłyszałam chichot.
          To była Jęcząca Marta. Zamieszkiwała tą łazienkę od co najmniej 30 lat. Była duchem dziewczyny, która zginęła w tej łazience. Nie należała do najprzyjemniejszych osób. Odstraszała ludzi swoją wrednością, co sprawiało jej przyjemność. Nikogo nie lubiła. W szczególności mnie, Ginny i Hermiony. Nie wiem jaki stosunek miała do chłopców. Moje pierwsze spotkanie z Martą nie było najmilsze. Odbyło się ono w drugiej klasie, kiedy zostałam wyśmiana przez kilku Gryfonów. Przybiegłam zapłakana tutaj, bo koleżanki mi mówiły, że nikt nie chodzi. Powodu wówczas nie znałam. Stałam dokładnie w tym miejscu co teraz, patrzyłam w lustro i usłyszałam ten sam chichot, a chwilę później skrzekliwy pisk "Och... Jaka ty brzydka jesteś!". Pamiętam, że spóźniłam się wtedy na lekcję.
- Znowu tu przyszłaś beczeć?! - krzyknęła ze śmiechem na mój widok. Wyciągnęłam szczotkę i zaczęłam rozczesywać porządnie włosy. Ciężko mi to szło i bardzo bolało, ale wytrzymywałam.
- Ogarniasz ten stóg siana? Dobrze ci to zrobi. - wykrzywiła usta w grymasie, mającym zastąpić uśmiech. - Może jakiś chłopak ciebie ze chce.
          Był to cios poniżej pasa, ale nie reagowałam na jej zaczepki. Zaczęły mi lecieć znowu łzy, ale dalej uparcie czesałam włosy. Wyglądały lepiej niż kiedykolwiek. Schowałam szczotkę z powrotem do torby. Otarłam łzy, opłukałam twarz zimną wodą i zaczęłam iść do drzwi. Zaczęłam je otwierać.
- Filiusie, zwracam się z tym do ciebie, ponieważ powinieneś się tym zainteresować. - McGonagall przechadzała się po korytarzu z profesorem Flitwickiem.
- Ostatnią lekcję miałem z nimi dwa dni temu. Wtedy nie zauważyłem, by była jakoś szczególnie zasmucona.
- Tak, te dwa, trzy dni temu tryskała radością. Może była trochę zagubiona, lecz optymizm i to jej zagubienie były jej cechami charakterystycznymi.
- Pewnie to jest spowodowane wypadkiem jej przyjaciółki, Cho. - stwierdził Flitwick, a McGonagall zmroziła go wzrokiem. - Mimo to porozmawiam z nią o tym jutro, bo dziś nie mam czasu. Mogę się założyć, że jak panna Chang wyjdzie ze skrzydła szpitalnego, to Lunie się humor poprawi.
          Otworzyłam drzwi szerzej i wyszłam. Zaczęłam biec w kierunku lochów, żeby zdążyć na eliksiry. W przeciągu pięciu minut stanęłam pod drzwiami. Oprócz mnie były pojedyncze osoby z mojego domu.
- Luna, masz wypracowanie na temat Eliksiru Nagłego Przygnębienia? Ile ci to zajęło? - zagadała do mnie Vera, Puchonka, z którą siedzę na eliksirach. Była szczupła i wysoka. Czasem mogła wyglądać nieco strasznie, ale była jedną z najsympatyczniejszych osób jakie znam. Lubiła pomagać ludziom. Nigdy nie zostawiała ich w potrzebie. Kilka zdarzyło się, że mnie pocieszała, ale nie kolegowałyśmy się ni nic.
- Mam. Napisałam na równe trzy stopy, ale małymi literami, a Ty?
- Mi zajęło to dwie stopy i 10 cali. - zasępiła się trochę. - Może nie zauważy braku tych dwóch cali.
- Miejmy nadzieję, że nie. - uśmiechnęłam się pocieszająco.
- Smutna jesteś. - stwierdziła. Miała rację.
- Aż tak bardzo widać?
- Nawet nie wiesz jak. - poklepała mnie po ramieniu. - Widzę to po oczach. Są okropnie smutne i zmęczone. Kiedy jesteś szczęśliwa masz w nich taki charakterystyczny błysk, który znika, jak się smucisz i martwisz. Coś się stało? Chcesz mi o tym opowiedzieć?
- Nie. To jest zbyt osobiste. - odpowiedziałam. - Ale to jest miłe, że się o mnie martwisz.
- To nie jest nic wielkiego. Zwykły, ludki odruch.
          Na korytarzu nie wiadomo kiedy zrobił się tłok. Chwilę później przyszedł Snape, niosąc ze sobą zimno. Do klasy wszedł szybkim krokiem. Weszłam jak najszybciej, by móc zająć razem z Verą przedostatnią ławkę. Nim zdążyłyśmy wyciągnąć podręczniki, profesor zaczął sprawdzać obecność. Chwilę później wyczytał nazwisko mojej sąsiadki.
- Collins!
- Obecna, panie profesorze. 
Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby tak szybko czytał.
- Lovegood!
- Obecna, panie profesorze. - ta formułka przewijała się przez ponad 40 nazwisk.
          Snape zamknął listę uczniów. Wziął kredę  i zaczął szybko pisać składniki i sposób przyrządzenia kolejnego eliksiru. Zauważyłam, że ten jest niezwykle trudny.
- Macie półtorej godziny na przyrządzenie go, a ja wystawię stosowną ocenę. - powiedział, kiedy rzuciliśmy się do barku ze składnikami. Spróbowałam jak najszybciej wziąć, to co było mi potrzebne. Powróciłam do ławki zaczęłam siekać kiełki jak najdrobniej kiełki. Potem wrzuciłam je kociołka, w którym gotował się już sok mandragory. Wycisnęłam wyciąg z azjatyckiego żuczka, a wywar zabarwił się na fioletowo. Miał się tak gotować dopóki nie zacznie wrzeć.
- Panno Lovegood, czy pani nie potrafi przygotować tak prostego wywaru?! - krzyknął nad moim uchem Snape. -  W tym stadium eliksir miał mieć kolor jasnoniebieski! A to jest fiolet! Chyba pani nie potrafi wlać pół szklanki soku z mandragory!
- Profesorze, przecież pan napisał, że w tym...
- CISZA! Ravenclaw traci 5 punktów za źle przyrządzony wywar i kolejnych 5 za pani nieposłuszeństwo. A teraz ma pani, to naprawić! Pozostało pani jeszcze pół godziny. Życzę powodzenia.- mówił cicho jak zawsze. Ostatnie zdanie wyszeptał ze strasznym jadem. Odszedł ode mnie, a ja w moich uszach dalej brzmiał ten ton. Nie miałam zamiaru poprawić eliksiru, tylko go dalej ważyć, jak ważyłam.  Skończyłam go w ciągu dwudziestu minut.
- Wow... Wyszedł ci idealnie. -szepnęła Vera. - Mojego się nie da już uratować. Pewnie da jedynkę i dodatkową pracę domową.
- Dzięki, ale wątpię, żeby postawił mi coś więcej niż trzy.
         Snape zaczął sprawdzać wywary. Słuchałam uważnie jakie, kto dostał oceny. Nie było szóstek ani piątek. Rzadko zdarzała się czwórka. Podszedł do mnie i do Very.
-Collins! Co to ma być? - szepnął. - Dwa! Zostaniesz po lekcji w celu omówienia dodatkowej pracy domowej.
- Tak jest! - odpowiedziała.
- A teraz zobaczmy co jest w kociołku panny Lovegood. Hmm... Zdaje mi się, że jest on dwa razy lepszy od wywaru pani koleżanki. - zajrzał do kociołka i wziął głęboki wdech. - Zapach jest za wyrazisty i zbyt słodki. Powinien być ledwie wyczuwalny. Od tego zapachu można dostać mdłości. Dostajesz trzy!
Jego ocena zdenerwowała Puchonkę.
- Jak to?! - krzyknęła. - Luna wyważyła eliksir idealnie! Powinna dostać sześć.
- Wyjaśnij mi kto tu jest mistrzem eliksirów.
- Pan, panie profesorze. - Verze zrzedła mina, a Snape miał zamiar odejść - Mistrz też może się pomylić, niech pan o tym pamięta.
Vera potrafiła nie panować nad tym co mówi, tak było w tamtej chwili.
- Minus pięćdziesiąt punktów dla Hufflpuff. - krzyknął-  Coś jeszcze?
- Tak. - odpowiedziała spokojniej niż wcześniej. - Może by pan zaczął oceniać sprawiedliwie?
- Hufflpuff traci 25 punktów! Dostaje pani szlaban. Szczegóły omówimy po lekcji, a niech reszta się spakuje i wyjdzie.
Wrzuciłam swoje rzeczy do torby i zaczęłam wychodzić.
- Lovegood! I tak masz trzy.

___________________
UWAGI: Fragment rozmowy Cho i Luny wymyśliła Gabi, lecz był to ważny fragment dla obu opowiadań.



Lista rozdziałów