niedziela, 31 sierpnia 2014

Ja i Draco. Rozdział 16

Nie zauważyłam, kiedy zleciał ten czas. Na dworze było już zielono i robiło się coraz cieplej. Na błoniach spędzało czas wielu uczniów. Ja byłam jednym z nich... Właśnie tam szłam, aby spotkać się z Draco, ale póki co miałam głowę w chmurach i rozmyślałam o rzeczach ważnych i mniej ważnych.
Odliczałam dni do ferii wielkanocnych. Zostało ich jeszcze tylko 10. Zostawałam w tym roku w Hogwarcie. Cho, Draco oraz Ginny też zostawali. Na listę było wpisanych nie więcej niż 40 osób. Z mojego domu pozostało na święta 8 uczniów.
To dziwne, że przez jakieś pół roku człowiek może nie zauważyć, że zmieniają się pory roku i czas leci. Wszystko przyśpieszyło na początku października, kiedy zaczęłam spotykać się z Draco. Nie przywiązywałam dużo uwagi do tego, co jest na zewnątrz, do pogody, do wyglądu sal. Największą uwagę poświęcałam znajomym, ukochanemu, temu co mam w swojej głowie i w pewien sposób nauce. Na lekcjach nie zawsze uważałam, ale wiedziałam co się co robimy, co będzie zadane i jak to wykonać.
- Och! - zostałam wyrwana z zamyślenia, bo wpadłam na kogoś. - Przepraszam!
 Nawet nie zwróciłam uwagi kto to był. Na pewno nie trafiłam na nauczyciela, bo mogłabym dostać jakąś karę.
Chwilę późnej znowu zaczęłam bujać w obłokach.
Dwa tygodnie temu zostaliśmy wypisani ze skrzydła szpitalnego. Nie miałam jeszcze okazji porozmawiać z Draco o tym, co się zdarzyło i jakie co było między nim, a Mariettą.  Za każdym razem mówił, że "nie teraz, to nie jest najlepsza pora na wyjaśnienie". Czasem był bliski wyjawienia mi tego, mówił, ale coś go powstrzymywało. W takich chwilach nagle zmieniał temat i wypytywał mnie jak było na lekcjach, komu kibicuję w najbliższym meczu quidditcha. Innym razem mówił, że powie mi w najbliższym czasie resztę historii. Ostatnio wpadł też na pomysł, aby mówić "to nieważne, bo jej nie ma już w Hogwarcie ani dla niego nie jest tak ważna jak ja". Może i jestem dla niego ważna, ale ta sprawa nie daje mi spokoju. Czuję, że ta informacja zmieni moje życie w jeszcze większym stopniu.
Faktycznie... Zabini i Marietta wylecieli z Hogwartu. Kiedy zostali wezwani przez Dumbledore'a, Marie zaczęła się niepokoić i próbowała się wymigać, ale Zabini z dumą oznajmił, co zrobił. Przygasł trochę, kiedy wyjawił, że mu się nie udało. Profesor był spokojny, ale mimo to, wydalił ze szkoły w trybie natychmiastowym.  Ta sytuacja wywołała w uczniach podniecenie. Wszyscy tym żyli i zastanawiali się dlaczego ich wyrzucono. Po szkole krążyły różne plotki. Jedni twierdzili, że widzieli ich, jak w nocy
zakradali się do Zakazanego Lasu. Inni, że zdemolowali gabinet profesor Umbridge. Nawet Draco rozpuścił plotkę, że Zabini próbował uczyć Krukonkę Zaklęć Niewybaczalnych.
Oślepiający blask słońca uświadomił mi, że byłam już na zewnątrz. Myślami powróciłam na ziemię. Za chwilę miałam do niego podejść. Już go widziałam. Stał tam, pod drzewem przy jeziorze. Jeszcze mnie nie ujrzał., więc postanowiłam, że go trochę przestraszę.  Zdążyłam akurat zejść ze schodów, byłam przy wysokim i rozłożystym krzewie. Nagle ją usłyszałam... Wychodziła razem z zamku z swoimi dwoma przyjaciółkami. Szybko schowałam się za krzewem. Chyba mnie nie zauważyły. Stąd mogłam je spokojnie obserwować.
- Jak on mógł się z nią związać! W dodatku ją ratować! - Pansy mówiła o mnie. - Jeszcze roku temu sam był tego samego zdania.
- Dokładnie! Przecież tak nienawidził szlam... - Mandy i reszta Ślizgonek splunęły z pogardą. - I zdrajców krwi. A teraz?! Sam się zadaje z nimi zadaje...
- To dziwne, że zaczyna upadać tak nisko... - powiedziała niska i pulchna blondynka. Wyglądałaby bardziej słodko, gdyby nie miała wykrzywionej twarzy w grymasie obrzydzania. Jej okrągłą buzię okalały gęste loki, które sięgały jej poniżej linii ramion. Miała duże, błękitne oczy, które skojarzyły mi się z dzisiejszym niebem, nieduży, ale niemały, zgrabny nosek oraz małe, pełne usta bladoróżowego koloru.
- No... Niedługo zaprzyjaźni się z Granger! - zaśmiała się Mandy. Jej śmiech brzmiał jakby skrzyżowano żabę i konia. Ni to rechot, ni to rżenie.
-Wiesz co?! - fuknęła Pansy. - Jak możesz tak mówić! On tak nisko nigdy nie upadnie! Dalej gardzi szlamami. Musi gardzić!
- Jeszcze ci nie przeszło?! -  krzyknęła ze śmiechem szatynka. - Ty nie widzisz, że on nie jest żadną z nas zainteresowany? Nie rozumiesz?
- Nie, nie rozumiem. Dalej myślę, że to wszystko żart.
- Przecież oni są jakoś od października...
- O! Zobaczcie! - Pansy wskazała na Draco. - Zobaczycie, co zrobi jak mnie zobaczy.
- Poprosi żebyś odeszła? - blondynka uśmiechnęła się z wrednym błyskiem w oczach.
- Pfff... - wypuściłam powietrze z ust. Miałam nadzieję, że mnie nie usłyszały.
- Przecież on ma się spotkać z Pomyluną. - powiedziała Mandy.
- Skąd wiesz?!- zapytała najniższa z nich.
- Lucy, to nie jest teraz ważne. - powiedziała Mopsica.
- Ta-ak? To co jest ważniejsze?- pytanie było strasznie nasączone sarkazmem i złośliwością.
- Fakt, że on jest sam. - powiedziała z uśmiechem. - Chodźcie. Pokaże wam coś.
Mandy mruknęła coś nie zrozumiałego, a ja zastanawiałam się, co planuje Pansy. Wyszłam  Podeszły do niego, a ja ponownie stanęłam na schodach. Zaczęli rozmawiać. Draco nie były zachwycony, ale odpowiadał im. W końcu wysilił się i  uśmiechnął się z wyrazem zniecierpliwienia. Nic nie mówiąc nachylił się w stronę Pansy, a ona wspięła się na palce i go pocałowała. On położył ręce na jej biodrach. Wygląda jakby  Nie mogłam na to patrzeć. Czułam, że moje serce pęka. To nie mógł być on! To nie może się dziać!
Kiedy wbiegłam do zamku, zaczęły lecieć mi łzy. Biegłam na oślep, łzy zasłoniły mi wszystko. Dokładnie nie wiedziałam, gdzie podążam, ale na pewno jak najdalej od niego... Od nich...
Nie zdążyłam dobrze, wbiec na schody, a już na kogoś wpadłam. Runęłabym do tyłu. gdyby ta osoba mnie złapała.
-Przep... Przep-p-rasz-szam. -wyjąkałam. Poleciały mi ostatnie łzy.
- Nic się nie stało. - To był Neville. Trzymał mnie bardzo mocno, ale czułam jak się trząsł. Jego uścisk nie pozwolił mi się poruszyć ani otrzeć oczu. W tej pozie zmuszona byłam do wpatrywania się w jego oczy.
-Eee... Neville, mógłbyś mnie postawić?
-Ja... Ja-jasne. - nie zostałam postawiona na nogi od razu, ale po jakieś minucie. Przez ten czas Gryfon wpatrywał się w moje oczy, a ja w jego. Miał rozszerzone źrenice. Na jego twarzy pojawił się niepokój i zmartwienie.
- Ty płakałaś? -zapytał się trochę przerażony. - Coś się stało?
- Chodź za chwilę ci wyjaśnię. - złapałam go za rękaw szaty i pociągnęłam w górę schodów. Mijając kolejne korytarze nie odzywałam się. Nie powstrzymywałam też łez, bo po co? Po prostu szłam  z Nevillem, który widząc mój stan nie wypytywał mnie o nic. Chyba nawet mnie rozumiał, a na pewno szanował to. Zaprowadziłam nas pod Wieżę Astronomiczną. Kiedy nie było na niej lekcji, nikt się tu nie pojawiał. Specjalnie wybrałam to miejsce, bo nikogo tu nie było. Usiedliśmy przy wejściu do niej. Kamienna posadzka nie była najwygodniejsza i najcieplejsza, ale nie narzekałam. Nawet nie miałam ochoty narzekać. Nic wtedy nie chciałam. W mojej głowi zrodziły się setki pytań i myśli. Jedne były dla mnie pocieszeniem, iskierką nadziei, a drugie mnie tego pozbawiały, powodowały jeszcze większy płacz.
Może to ona się na niego rzuciła? Może on ją pomylił ze mną? Przecież on by mi tego nie zrobił. Nie mógł mi tego zrobić. Przecież powtarzał mi, że mnie kocha, że jestem dla niego najważniejsza.
A teraz co? Odezwał się wredny głosik w mojej głowie. Całuje się z Parkinson.  Nie pamiętasz jaki on był PRZEDTEM?
Malfoy...
Był arogancki, nienawidził mugolaków ani czarodziei półkrwi. Skreślał wszystkich, którzy ich wspierali, lubili, pomagali. Nazywał ich zdrajcami krwi, jakby tylko ona i jej czystość się liczyła. W Slytherine nikt nie miał w rodzinie mugoli, więc Pansy była dla niego idealna, czysta krew, niemalże identyczne poglądy. Nie była najładniejsza, ale w tylu kwestiach się zgadzali...
Zalałam się kolejną falą łez. 
- Luna... - rzekł delikatnie Neville. Objął mnie i przytulił. Położyłam głowę na jego ramieniu. Łzy leciały mi w dalszym ciągu, ale ton jego głosu zachęcił mnie do opowiedzenia, co się wydarzyło.
- Miałam się spotkać z Draco na błoniach. - zaobserwowałam, że Gryfon skrzywił się na dźwięk jego imienia. Nie zwróciłam na to większej uwagi, bo wiadomo, że Ślizgonów mało kto w tej szkole lubi. Kontynuowałam swoją opowieść. Mówiłam mu o rozmowie Pansy z jej przyjaciółkami i o reakcji Draco, kiedy do niego podeszły.
- I... I ona go wtedy pocałowała, a on odwzajemnił ten pocałunek. - pod koniec tego zdania głos mi się załamałam i znowu zaczęłam płakać.
- A-a to gnida. - w stronę Draco zaczęły lecieć obelgi wypowiadane z ust Neville'a. - Jak mógł ci coś takiego?
Z każdą obelgą na jego temat spływała po mojej twarzy kolejna łza. Ostrzejsza obelga równała się większej łzie.
- Czy... Czy mógłbyś o-o n-nim tak nie mów-wić?
- Czemu? - spojrzał na mnie ze zdziwieniem. - Przecież taka jest prawda!
- Rani mnie to. - szepnęłam. Wraz z tymi słowami wyleciała ze mnie kolejna fala łez.
- Luna, nie płacz. Proszę. - przytulił mnie jeszcze mocniej. - Będzie dobrze. Wszystko się wyjaśni.
- N-na pewno? - spojrzałam na niego z nadzieją.
- Tak. -powiedział. - Ja już tego dopilnuję. Obiecuję,  a teraz głowa w górę.
- Tak jest!
Zrobiło mi się cieplej na sercu. Dalej byłam strasznie zraniona i smutna, ale było lepiej. Mogłam się już nawet uśmiechnąć delikatnie. Czułam, że moje serce zostało potłuczone na miliony kawałków, a potem każdy z nich rozdeptano. Został z niego tylko pył.
- Słyszysz to? - Neville zbliżył się do schodów. Ktoś stamtąd schodził.
- Tak. - usłyszałam teraz czyjeś kroki i śmiechy. Zatrzymałam Gryfona i poprosiłam żeby tam nie szedł.
- Jeśli tak uważasz... Poczekamy. - Neville był nieśmiały, ale w głębi duszy na swój sposób odważny. Oboje staliśmy jak najbliżej ściany i próbowaliśmy zachowywać się jak najciszej.
- To jest głos Ginny! - szepnęłam.
- Tak, ona idzie z jakimś chłopakiem. - zmrużył czoło próbując rozpoznać jego głos. Ich głosy stawały się coraz wyraźniejsze.
- Wiem czyj to głos! - niemalże krzyknęłam. Humor mi się poprawiał. Odkąd powiedziałam o tym mojemu przyjacielowi, to wszystko mnie mniej bolało. Zaczęłam to jakoś lepiej znosić.
- O! Cześć. - Ginny zeskoczyła z ostatniego stopnia.
- Co wy tam robiliście? - zapytał podejrzliwie Neville.
- Jeśli wracasz do naszej wieży, to Ci opowiem. - rudowłosa podeszła. - Czy płakałaś?
Kiwnęłam głową. Ruda podeszła i mnie przytuliła.
- Czemu?
- Nie chcę o tym teraz mówić. - powiedziałam. - Neville może ci powiedzieć. Zrobisz to?
- Dobrze. - powiedział, a Ginny spojrzała się na niego znacząco. Chyba o czymś nie wiem.
Marco przypatrywał się tej sytuacji z boku. Wyglądał na zirytowane i zniecierpliwionego.  Pewnie nie rozumiał czemu ona mi taką uwagę poświęca i dlatego przerywa ich spotkanie dla mnie, dla nas. 
- Schodzicie czy chcecie pozostać sami? - uśmiech Ginny był tajemniczy, a jej oczy się śmiały patrząc na Neville'a, który stał zmieszany. Ona musi coś wiedzieć!
- Chyba też będę iść. - powiedziałam i skierowałam wzrok na Gryfona. - Wytłumaczysz jej jutro?
- Tak. - chwilę później  zniżył głos do szeptu. - Jak chcesz możemy się też jutro spotkać.
- Okej.
Zaczęliśmy schodzić. Nikt się nie odzywał. Znowu powróciło do mnie to wszystko.  Byłam jednocześnie smutna i zła. Jak on mógł mi coś takiego zrobić?! Myślałam, że nie jest taki... Już nie jest taki. Zdawało mi się, że go znam i naprawdę coś do mnie czuje. Chyba się pomyliłam...

czwartek, 28 sierpnia 2014

'W poszukiwaniu swego znicza' Rozdział 9

 Jest kolejny rozdział! :D Następny tradycyjnie za 5 komów.
~~

- Luna? - spytałam, idąc w kierunku jednej z dwóch postaci, ledwo widocznej w mroku.
- O matko, co ty tu... - postać odwróciła się przerażona.
- Eee... Jaa... - czerwieniłam się.
- Oooo, Cho. Cześć - odezwał się chudy chłopak o blond włosach i jasnej cerze.
Uśmiechał się do mnie miło, potem jego twarz przybrała wyraz zastanowienia, obrzydzenia, a na koniec złości. Podczas gdy jego nastrój ulegał zmianie, wygląd nie zostawał w tyle. Robił się nieco niższy. Jego skóra lekko pociemniała, tak samo jak włosy, które były teraz kruczoczarne i rozczochrane. Mój niepokój zaczął wzrastać, gdy on przeistaczał się w dobrze znanego mi chłopaka. 
Spojrzałam na Lunę przestraszonym wzrokiem. Jej współczujący wzrok powędrował w stronę chłopaka. Potem pokiwała głową ze zgorszeniem i niedowierzaniem w moją stronę, po czym odeszła na bok.
Chłopaka rozpierała coraz większa złość, jego oczy zapłonęły jadowicie zielonym blaskiem. Zaczęłam się cofać, aż natknęłam się na ścianę, by po chwili przez nią przeniknąć i zapaść się w całkowitej ciemności.

~

Otworzyłam gwałtownie oczy. Poczułam na czole zimny pot, który starłam ręką. Rozejrzałam się. Byłam na swoim łóżku, w swoim dormitorium. Wyjrzałam za zasłaniające mnie kotary i spostrzegłam, że reszta dziewczyn nadal śpi. Spojrzałam na budzik - było jeszcze dosyć wcześnie. Do mojej codziennej pobudki dzieliły mnie 2 godziny. Usiłowałam położyć się i zasnąć, lecz nie mogłam. Po chwili bezcelowego wiercenia się wstałam. Postanowiłam się trochę odświeżyć i uspokoić po tym dziwnie realistycznym śnie.
Zabrałam potrzebne rzeczy i udałam się na kąpiel. Sama wśród wody moje myśli powracały do złości chłopaka wyglądającego jak Harry, Harry Potter.
Czy to miała być jakaś przestroga? Fakt, miałam się dzisiaj spotkać z Harry'm. I mieli wpaść także Draco z Luną. Odetchnęłam głęboko. To tylko sen.

***

 - Luna! Cho!
Odkręciłam się, by zobaczyć wołającą nas dziewczynę. To była starsza od nas o rok Krukonka, nasza znajoma. Szła do nas uśmiechnięta od ucha do ucha i wpatrzona w spory pojemnik, który trzymała w dłoniach.
- Cześć, dziewczyny.
- Hej, Melanie - uśmiechnęłyśmy się do niej.
- Ostatnio moja mama przysłała mi domowe babeczki. Problem w tym że mam ich strasznie dużo! Mama chyba chce, żebym trochę przytyła - dodała rozmyślając nad tą ewentualną opcją - Tak więc, może chcecie parę?
- Jasne. Dzięki - odrzekła Luna
- Pewnie będą smaczne - powiedziałam, biorąc pięć babeczek na raz.
- Uf, dzięki dziewczyny, ratujecie mnie - podziękowała, po czym szła już w kierunku grupki dziewczynek z drugiego roku.
Zaśmiałyśmy się serdecznie. Tak, mama Melanie była znana z wyrażania opinii na temat 'wątłej' figury swojej córki. Ciągle przysyłała jej domowe wypieki twierdząc, że w szkole nie odpowiednio dokarmiają uczniów. Gdy poruszała ten temat przy znajomych Mel, większość zawsze ją popierała, bo skutkowało to dodatkową porcją słodyczy, które Melanie im oddawała.
Skosztowałam jedną z babeczek z czekoladą. Mniam. Resztę schowałam do swojej torby obok książek, żeby przegryźć coś po lekcji.
Miałam małe kłopoty ze swoją przekąską, ponieważ gdy czekałam pod klasą do transmutacji, na korytarzu panował jakiś wyjątkowy ruch. Grupa nieuważnych pierwszaków ganiała się, aż wpadła na kilka osób (w tym także we mnie).
Nie zadali nam aż tyle lekcji, by ślęczeć nad nimi parę godzin, co mnie ucieszyło. Nie miałabym ochoty siedzieć i odrabiać pracę, zmuszona by odwołać spotkanie.

Gdy tylko wróciłam do pokoju wspólnego, rozłożyłam wszystkie książki na stoliku obok Luny i gryząc babkę, pisałam pracę na obronę przed czarną magią o jakimś nieprzyjemnym zaklęciu powodującym rośnięcie na twarzy bąbli pełnych nafty.
- Yh! - wrzasnęła Luna, tak że parę osób gwałtownie odwróciło się w naszą stronę z zaciekawieniem.
- Co je't? - spytałam połykając kęs.
- Nie rozumiem, co tu tak na prawdę mamy zrobić - wskazała na pergamin z pracą na astronomię.
- Masz, weź ode mnie - podałam jej skończoną już przeze mnie pracę - Tylko zmień parę zdań.
Uwijałyśmy się obie jak mrówki. Po skończonej pracy zaniosłyśmy wszystko do dormitorium, gdzie zaczęłyśmy rozprawiać nad jakimiś fikuśnymi fryzurami i o roślinie powodującej, że włosy kręciły się w drobne loczki przez 24 godziny. W pewnym momencie weszła Marietta.
- O, cześć dziewczyny - przywitała nas - Szykujecie się gdzieś?
- Taak, wychodzimy - odezwała się Luna.
- Hm, fajnie. Ja też wychodzę - powiedziała niewinnie, przyglądając mi się.
Po chwili podeszła, mówiąc:
- Cho, zaczekaj masz coś na włosach.
Zdziwiona wykręciłam się, a ona nieco ciągnąc mnie za włosy, poprawiła jakiś kołtun, który najwyraźniej ominęłam.
- Dzięki
- A, spoko. - uśmiechnęła się.
Podeszła do swojego łóżka i włożyła rękę pod poduszkę. Potem wyciągnęła coś z kufra.
- No, miłej zabawy - zaświergotała i wyszła.


Schodziłyśmy razem po schodach zewnętrznych, gdzie potknęłam się na ostatnim stopniu i skierowałyśmy się błoniami. Po jakimś czasie Luna skręciła w stronę cieplarni, gdzie majaczyła jakaś wysoka postać opierająca się o ścianę. Ja podążyłam w stronę samotnego buku stojącego nieopodal jeziora. Gdy doszłam na miejsce okazało się że Harry'ego jeszcze nie było. Rozejrzałam się, lecz nie było go nigdzie widać. Postanowiłam więc przejść się brzegiem i poobserwować wielką kałamarnicę wystawiającą leniwie macki nad taflę wody. Nie mając nic do roboty zaczęłam myśleć nad dziwnym snem który nawiedzał mnie co jakiś czas. Wzdrygnęłam się lekko na widok wyimaginowanego chłopaka wybuchającego furią. Usłyszałam cichy szum i zatrzymałam się. Szum narastał. Spanikowana odwróciłam się i zobaczyłam pędzącego na miotle ku mnie Harry'ego i aż krzyknęłam z zaskoczenia.
- Aż tak strasznie wyglądam? - wyszczerzył zęby, lądując.
- Nie, ja... Zaskoczyłeś mnie - uśmiechnęłam się nieśmiało. To było głupie.
- Nie chciałem. To eee... masz ochotę na kolejny lot czy wolisz zwykły spacer?
- Możemy lecieć. Szkoda że nie mam tu swojej miotły. Moglibyśmy urządzić wyścig - mrugnęłam.
Chłopak zaśmiał się serdecznie, a ja przetarłam oczy, gdyż zdawało mi się że dostrzegłam w jego oczach jakiś chłodny blask.
- Szkoda. - Zerknął na swoją Błyskawicę, po czym dodał - a może masz ochotę popędzić na niej trochę sama?
- Jasne.
Podeszłam i wzięłam do ręki miotłę. Była idealna. Proste, równo ułożone witki, gładka rączka i ten błyszczący w słońcu napis.Usiadłam na niej, odepchnęłam się mocno nogami i zawisłam w powietrzu. Poprawiłam uścisk na rączce, pochyliłam się lekko i pomknęłam przed siebie, pozwalając by wiatr targał moje długie włosy we wszystkie strony. Uwielbiałam tą adrenalinę, ten pęd powietrza i wiatr we włosach.
Pomknęłam ku górze rozwijając maksymalną szybkość, aż łzy stanęły mi w oczach. Zwolniłam trochę szybkość i tym razem wracałam już spokojnie do Harry'ego ciesząc się widokiem.
Byłam już na wysokości około sześciu stóp, gdy nagle zakręciło mi się w głowie. Skupiając całą uwagę na miotle, usiłowałam zmusić ją do lądowania. Zanim jednak opadła chociażby o dwie stopy, poczułam obezwładniającą senność i po chwili czułam już wyślizgującą mi się z dłoni rączkę miotły. Zdążyłam dostrzec tylko jakąś wrzeszczącą postać i opadającą obok mnie miotły, po czym moje oczy same się zamknęły.



~~~
Myślę, że następny rozdział powinien ukazać się w miarę niedługo, bo mam niezłą weną i parę pomysłów ;)

niedziela, 24 sierpnia 2014

Miesiąc ciszy ;_;

Cześć!
Chciałam przeprosić Was wszystkich za tytułowy 'miesiąc ciszy'.
Moja nieobecność spowodowana była w większości przez sprawy zdrowotne (ospa, migdały sis...).
Przez dwa tygodnie byłam też u babci, gdzie nie miałam dostępu do netu.

Tak więc chcę przeprosić jeszcze raz za brak rozdziałów, postaram się to wynagrodzić.

A skoro już dziś piszę, to dam tu małego news'a. Otóż dziś jak pewnie część z Was wie - Rupert Grint (filmowy Ron Weasley) ma dziś 26 urodziny! ;)

Ok, to na tyle. Pa

środa, 6 sierpnia 2014

Ja i Draco. Rozdział 15

Hej. Tak jak chcieliście, dodaję mój rozdział przed Gabi. Mam nadzieję, że się spodoba. Za 5 komentarzy kolejna część. Miłego czytania! 
_______________


-Marietta! - krzyknęła przerażona Cho - Nie rób tego! Nie chcesz tego robić!
- Ale muszę! To wszystko dzięki niemu! On mnie nakłonił! I... I dobrze, że to zrobił! - odpowiedziała jej Marie- Inaczej nie zdobędę tego co mi się należy. Te wszystkie lata tej ukrywanej przed światem miłości i robienia wszystkiego żeby z nim być, mają iść na marne? Oczywiście, że nie! Wystarczy wyeliminować tylko jedną osobę. A rok temu... Brakowało jednej rozmowy, a bym z nim była! Tamta rozmowa miała wszystko zmienić, ale ktoś nam przerwał.
      O kim ona mówi? Czyżby Cedrik ją odrzucił i znowu chciałby być z Cho? Czy może jednak ktoś inny? Marietta zaczęła ciskać wzrokiem pioruny. Zdawało mi się, że wszystkie były skierowane we mnie. A może... Osoba, o której ona mówi to... Nie! To tak nie może być!
-Czy ona mówi o Draco? - odwróciłam się w stronę Cho i bezgłośnie się zapytałam. Kiwnęła głową. Stała coraz bliżej mnie i Draco. Z każdym jej słowem robiła krok w naszą stronę. Rakoczy stał spokojnie z poważną miną. Uśmiech zszedł z jego twarzy. W prawej ręce trzymał przygotowaną do ataku różdżkę.
- A 3 lata temu nawet go pocałowałam. Udałam, że się potknęłam i przypadkowo wpadłam na niego. Ustami także. - kontynuowała swój monolog. - Tamta nieudana rozmowa by wszystko zmieniła, a potem nie miałam już jak z nim porozmawiać. Cierpliwie czekałam na koniec wakacji by móc go zobaczyć. Chciałam z nim porozmawiać, ale on miał głowę chmurach albo...
Przerwała, by rzucić mi spojrzenie pełne nienawiści.
- To było najgorsze. Bolało i raniło jak cholera! Wypytywał się o nią! - wskazała na mnie - Teraz jest jeszcze gorzej... Są razem! Na moje szczęście, jeszcze komuś to przeszkadzało. Chociaż inaczej... Nie tylko mi ona przeszkadzała. Gdyby  nie on nie zrobilibyśmy tego. On jest pomysłodawcą.
- Przeszkadzała czy nie, ale nie musicie tego robić! - krzyknął Draco. - Zrobię wszystko, ale zostawcie ją w spokoju!
- Świat bez niej byłby piękniejszy. - z za plecy Marietty wydobył się męski głos. - Im mniej zdrajców krwi tym lepiej, pamiętaj Draco. Ona musi za to zginąć. Po za tym zasługujesz na kogoś lepszego, chłopie.
       Cho stała już koło mnie. Różdżkę trzymała tak jak każdy w tej chwili, gotową do użycia. Rakoczy był tylko zabawką w rękach Marietty i jeszcze nieznanej mi osoby. Miał mnie tylko tu zatrzymać, a oni mieli już skończyć wszystko. To dziwne... Cała ta sytuacja trwała nie więcej niż 5 minut. Każdy wyrzucał z siebie słowa z niezwykłą szybkością. Marietta zaczęła się niecierpliwić.
-Zabini. - mruknął Malfoy - Że też się nie domyśliłem.
Czyli to on, Zabini. Zabini jest prekursorem tego wszystkiego. Tej całej akcji. Co ja mu zrobiłam?
- Dobra... Marie, wystarczająco się nagadałaś. - powiedział jej towarzysz. - Przejdźmy do rzeczy. 
- Załatwmy to szybko. Teraz albo nigdy! - powiedziała - Muszę to dostać.
- Przecież jak to zrobisz on cie znienawidzi! - krzyknęłam do niej. Miałam nadzieję, że podziała.
- Może i tak. - powiedział Zabini- Drugiej takiej szansy nie będzie.
Nadzieja umarła. Już po mnie. To już koniec.
- Ava... - Ślizgon zaczął wypowiadać zaklęcie. Zrobiło mi się słabo.
- Expeliarmus! - krzyknęli moi kompani przerywając mu wypowiadanie zaklęcia.
Zemdlałam.
***
       Przed oczami miałam wiele obrazów układających się w jedną historię. Każdy z nich oddzielało mignięcie. Zaczęło się to od urywków z życia małej dziewczynki o blond włosach. Poznawałam ją, ale nie mogłam przypomnieć sobie kto to był. Następnie poszła do szkoły. Po kilku tygodniach, a może to były dni? Nieważne. Blondyneczka została wytykana, wyśmiewana i przezywana.  Przez parę lat miała niewielu przyjaciół, żaden chłopak się nią nie interesował. W końcu odnalazła swoją miłość. Był to wysoki blondyn, jego włosy były jaśniejsze od jej włosów. Kolejne obrazy ukazywały ich szczęście. Pierwszy pocałunek, wspólnie spędzony czas. Ostatnie sceny ukazały ostrą wymianę zdań między nimi, a dwójką innych osób. W końcu blondynka upadłą na ziemię. Chyba nie żyła. Już wiedziałam kto nią jest. Tą blondynką byłam ja...

***

       I znowu pobudka w skrzydle szpitalnym. Tym razem obudziłam się w nocy. To dobrze. Ba, nawet lepiej, bo nic mnie nie boli. Najlepsze jest w tym, że mam czas pomyśleć o tym co się wydarzyło.
       Marietta... 5 lat skrycie kochała Dracona. Była jedną z dziewczyn, z którymi się całował. A może jej nie wliczał? Tego nie wiem, ale na pewno  ponad rok temu zostaliby parą. Na moje szczęście, którym bym przypłaciła życiem, coś nie wyszło. Czy on ją kochał? Jeśli tak, to czemu dokładniej nie zostali parą? A może chciał z niej porobić sobie żarty w ten niezbyt wyrafinowany sposób? Jeśli czuł do niej coś więcej,  musiało się coś wydarzyć przez co się do niej zniechęcił. Nie wiem czy powinnam, ale się go oto zapytam. 
       Pozostałą mi już kwestia Cedrika w tym wszystkim. Może on też był zabawką? Cho była załamana po jego odejściu. Przez kilka tygodni byłam zajęta pocieszeniem jej, pomaganiem w kilku sprawach i spotkaniami z Draco. Przez to przestałam zwracać uwagę na Mariettę. W tym czasie mogła powoli zacząć wprowadzać w życie swój plan. Jej pomysł był inny, ale to pewnie Zabini ją omotał i wybrali jego plan, którym było uśmiercenie mnie. Prawie im się udało, ale Draco ich rozszyfrował. Z kolei Marietta nie mogąc już dłużej tak wytrzymać powiedziała o wszystkim Cho. Moja przyjaciółka nie zdążyła mi przekazać ich planów. W nocy, aby osłabić czujność Draco "pozwolili" nam wszystkim spędzić noc razem. Oni w tym czasie udoskonalali i szykowali się do wypełnienia swojej "misji". 
-O! Już się obudziłaś? - zapytała pani Pomfrey. 
-Tak. A co z moimi przyjaciółmi? -dopiero teraz przypomniałam sobie o ich istnieniu.
-Nic poważnego im nie jest. Tobie też nie. - odpowiedziała, a ja odetchnęłam z ulgą. - Jest 4 rano, idź spać dalej. Za kilka godzin przyjdzie profesor Dumbledore i porozmawia z tobą. Pojutrze na pewno was wypuszczę.
       Wyszła. Uniosłam głowę i rozejrzałam się po sali. Na przeciwko mnie leżała Cho. Obok niej Rakoczy, a po jej drugiej stronie stało puste łóżko.  Obok mnie, po prawej stronie był Draco. Z kolei po lewej stronie była zaciągnięta zasłona i nie mogłam zobaczyć, czy ktoś tam leży. Mimo wszystko się domyśliłam, że tak. Opuściłam głowę na poduszkę i twarz skierowałam ku łóżku Draco. Przyglądałam się mu uważnie. Jego klatka unosiła się, a po chwili opadała. Oddychał spokojnie. Widoczny z mojej perspektywy kącik jego ust uniósł się ku górze. Pewnie się uśmiechnął. Może śni mu się coś przyjemnego?

***
        Nastał ranek. Słońce wpadało przez okna do jasnego pomieszczenia. Wszyscy już nie spali, kiedy właśnie owa jasność mnie obudziła albo spowodowała, że otworzyłam oczy. Nie wiem dobrze, czy spałam, czy leżałam z zamkniętymi oczami, bo udawało mi się rejestrować każdy dźwięk. Jednak pod powiekami miała obraz Ględatka Niespopolitego. Prowadziłam z nim bardzo ciekawą rozmowę na temat jego pochodzenia, umiejętności i wrodzonych cech. Ględatki jak ich nazwa wskazuje są bardzo gadatliwe. Zazwyczaj są też towarzyskie i radosne. Oprócz tego każdy z nich ma inny talent. Jeden może mieć moc uzdrowienia, a inny potrafi pięknie śpiewać. Muszę o tym opowiedzieć tacie!
 - Cześć! - krzyknęła do mnie radośnie Cho.
- Hej!- odpowiedziałam jej równie radośnie. W sumie jest się z czego cieszyć, wszyscy żyjemy. Gnębiwtrysków tu nie powinno być. Pani Pomfrey  wszystko dokładnie sprawdza i czyści. Nie ma możliwości, aby je przeoczyła. Nigdzie nie słyszałam, ani głosu Marie, ani Zabiniego.
        Spojrzałam na szafkę obok, gdzie powinien stać zegarek. Początkowo nie mogłam go zlokalizować, bo zasłoniła mi go paczka czekoladowych żab. Ciekawe od kogo one są? Przesunęłam je i mogłam wreszcie zobaczyć,  która jest godzina. Była godzina 9.
        Dopóki profesor Dumbledore nie wszedł do sali, panowała tu luźna i wesoła atmosfera. Wszyscy rozmawialiśmy ze sobą na każdy temat. Przez pewien czas rozmawialiśmy nawet o narglach. Kiedy dyrektor szkoły wszedł, momentalnie spoważnieliśmy.
-Dzień dobry, panie profesorze! -odezwaliśmy się chórem.
- Witajcie, moi mili uczniowie. -odpowiedział profesor poprawiając spadające mu z nosa okulary. Zanim to zrobił spojrzał z za nich swoimi mądrymi, błękitnymi oczami oczami. Dyrektor usiadł na wolnym łóżku w rogu sali, skąd mógł nas bacznie obserwować.
- Moi mili, opowiadajcie jak to było i co się wydarzyło.- zadyrygował Dumbledore. - I co lub kto spowodował, że się tutaj znaleźliście.
        Opowieść zaczął Draco. Na samym początku wyjaśnił, jak się tego domyśli, że Marietta coś knuje, a następnie przeszedł do już znanych wydarzeń wczorajszego dnia. Opowiedział wszystko ze szczegółami, których nawet ja nie zapamiętałam. W to wszystko wplótł też
- Wtedy Luna zemdlała. Na szczęście udało mi się w porę ją złapać, bo walnęła by się mocno w głowę. Dosłownie pół minuty, po tym na korytarzu zaczęli pojawiać się uczniowie. Z każdą chwilą przybywało ich coraz więcej. Każdy pytał się osoby obok co tu się działo. Marietta i Zabini wmieszali się  ten tłum, a potem najzwyczajniej w świecie uciekli stamtąd. - powiedział Draco. - W końcu przyszła do nas profesor McGonagall. Kazała Cho pobiec po profesora Flitwicka. Profesor przyszedł i zostaliśmy odesłani do skrzydła szpitalnego.
Mój luby zakończył swoją opowieść, a dyrektor szkoły zamyślił się. W skrzydle szpitalnym panowała idealna cisza. Nikt się nie odzywał.
- Moi drodzy... -powiedział profesor Dumbledore. - Jak widzicie czasem i z miłości do jednej osoby może się przerodzić w nienawiść, co pochłonie wszystko, nawet miłość.

sobota, 2 sierpnia 2014

Małe sprawy organizacyjne

Witajcie.
Na początku chciałyśmy Was przeprosić z powodu prawie miesięcznej nieobecności.  Gabi najpierw chorowała, a teraz jest na wakacjach i nie ma zbytnio dostępu do internetu. Miałam czekać aż ona doda swój rozdział, bo tak się umówiłyśmy. I teraz rodzi się pytanie:

Chcecie czekać na rozdział Gabi czy chcecie, abym opublikowała swój?

Ewentualnie mogę napisać jakąś miniaturkę, a więc:

Czekanie na rozdział Gabi vs. mój nowy rozdział vs. miniaturka ode mnie? 
Co wybieracie?

Jednocześnie chciałyśmy Wam podziękować za to, że mamy już 10 obserwatorów, łącznie 176 komentarzy oraz 4400 wyświetleń. Może to są jakieś wielkie liczby, ale zawsze coś.

W ramach "wynagrodzenia" Wam braku nowszych rozdziałów i podziękowania za to, że jest już Was 10, dam kilka moich rysunków postaci, o których piszemy.

1. Cho.
Z tego rysunku jestem zadowolona najbardziej.


2. Draco.
Wydaje mi się, że całkiem OK, ale narysowałam go z bardziej smutną miną, a nie jakby kimś gardził.


3. Luna
Włożyłam w nią najwięcej wysiłku. Tutaj jest po narysowanie za 4 podejściem. Była poprawiana kilka razy zanim uznałam, że "może być".




Dla porównania daję rysunek Luny sprzed roku. (lepiej tego nie komentować)