sobota, 6 maja 2017

W blasku srebszystej tarczy. Rozdział 3


                Obudziłam się bardzo niewyspana, co nie było niczym dziwnym po pierwszej nocy w szkole. Położyłyśmy się spać około trzeciej nad ranem, a tych kilka godzin snu było dla mnie dość ciężkie i niespokojne. Śniło mi się, że pływałam w jeziorze, a pod wodą był wąż morski wydający upiorne dźwięki. Kiedy się obudziłam, okazało się, że było to po prostu chrapanie Audrey.
                Rozejrzałam się po pokoju. Łóżko Mel było już pościelone, a ona pewnie szykowała się już w łazience. Była rannym ptaszkiem, ale nie przeszkadzało jej to usypiać w każdym miejscu i w każdej pozycji. Zawsze wstawała przynajmniej pół godziny przede mną. Czasami nawet widziałam ją dopiero na śniadaniu. Zawsze udawało jej się zachowywać tak cicho, że żadnej z nas nie pobudziła. Audrey była jej przeciwieństwem: często zasypiała, a jeśli wstała przed nami, to szykując się robiła dużo hałasu. Zazwyczaj to ja ją budziłam i dlatego zdążała na lekcje.
                Melanie wyszła z łazienki.
– Chyba nie spałaś najlepiej. Masz okropnie podkrążone oczy. To wygląda strasz…
                Rzuciłam jej pełne nienawiści spojrzenie.
– Chociaż nie jest tak źle, dopóki się tak nie spojrzysz.
– Widzę, że komuś humorek od rana dopisuje. – nie myślałam, że będę mieć tak zmęczony głos.
– Jest taka piękna pogoda! Zobacz tylko! – podeszła do okna i rozsunęła szerzej zasłony. – Słyszysz, jak ptaszki wesoło śpiewają?
– Jesteś niemożliwa. – pokręciłam głową. – Jak możesz mieć tyle energii?
– Spałam w pociągu i mam nadzieję, że po lekcjach jeszcze trochę pośpię.
– Zobaczymy najpierw, ile będziemy mieć lekcji.  Ciekawe, co dziś będzie...
                Wzięłam ubrania i poszłam do łazienki.
– Obudzisz ją za jakieś dziesięć minut? – spytałam przed wejściem.
– Jasne.
                Nasza łazienka była średniej wielkości kwadratowym pomieszczeniem. Jej ściany wyłożone były złotymi płytkami z czerwonymi akcentami. Po lewo od drzwi znajdował się prysznic, a obok niego sedes. Po drugiej stronie pomieszczenia stały szafki z naszymi przyrządami toaletowymi. Wszystko było już poustawiane na swoich miejscach. Wzięłam potrzebne mi rzeczy i stanęłam przed lustrem wiszącym naprzeciwko drzwi. Oparłam dłonie o umywalkę i spojrzałam na swoje odbicie.
                Wyglądałam fatalnie. Niczym narkomanka na głodzie, u której jedynymi kolorami na twarzy były niebiesko-fioletowe sińce pod oczami. Moje oczy były przekrwione, co po zbyt małej ilości snu było dla mnie normalne. Lecz w najgorszym stanie były moje włosy. Próbowałam je rozczesać, ale w dalszym ciągu z prawej strony były oklapłe, a z drugiej moje loki były całkowicie poplątane.
– Ech… I jak tu cię doprowadzić do porządku?

***
                Nawet nie miałam zamiaru podnosić z podłogi resztek jest przeklętej gumki. Kucyk, który był moim jedynym ratunkiem, zawiódł. Tak konkretniej to gumka zawiodła.
– Wow, Ruda! – usłyszałam za sobą znajomy, równie sarkastyczny jak i niski głos, który gdyby miał innego właściciela, byłby całkiem przyjemny. Głos należał do Scorpiusa Malfoya, dlatego też jeśli miałabym do wyboru słuchać go przez godzinę, a zostać zamknięta na cały dzień w lochach z bzyczącą muchą, wybrałabym to drugie. Ona wydawałaby mniej irytujące dźwięki.
– Czyżbyś przez wakacje zajęła się hodowlą ptaków? Zdradzisz mi co to za gatunek, który zakłada gniazda we włosach?
                Odwróciłam się powoli i z godnością. Starałam się patrzeć na niego z wyższością, jakbym miała nad nim jakąś przewagę. Często tak robiłam, pomimo że musiałam zadzierać wysoko głowę, bo był ode mnie wyższy o jakieś ćwierć metra. Dawałam mu też przy tym do zrozumienia, że wiem o nim coś, czego nie powinnam, a on nie chciałby, żeby to wyszło na światło dzienne. Szybko robił się wtedy potulny jak baranek.
– Aż tak się za mną stęskniłeś przez wakacje? Zagadujesz mnie już z samego rana, ale słabo ci to wychodzi. Powinieneś się wstrzymać i wysilić nieco te swoje szare komórki.
– Oj, Weasley, Weasley… Nie wiesz, że lubię działać pod wpływem impulsu? To jest najlepsze.
                Ktoś obcy patrząc na nas z boku mógłby powiedzieć, że to tylko przyjaciele droczą się ze sobą, ale dla nas nie była to jakąś zwykła, żartobliwa sprzeczka. To coś większego, ważniejszego i o wiele bardziej negatywnego. Dobrze wiedzieliśmy, że przez wakacje wyszliśmy z wprawy, a przecież była to walka o honor. Nie mogłam przegrać.
– Chcesz mi powiedzieć, że w ogóle nie myślisz? – uniosłam brew. – Wierz mi, już dawno to odkryłam. Mniej więcej wtedy, gdy złamałeś sobie nos.
                Scorpius podszedł do mnie. Nachylił się tak, żeby jego usta znalazły się na wysokości mojego ucha i wyszeptał:
– Obydwoje wiemy, z czyją pomocą się to odbyło.
– Chyba nie próbujesz mi powiedzieć, że było to w pełni zaplanowane działanie. – zaakcentowałam ostatnie słowa. Odsunął się ode mnie, a spojrzałam na jego twarz. Jego mina znaczyła tylko jedno. Tym razem ja wygrałam.
– To dopiero początek.  – odszedł w kierunku w Wielkiej Sali.

***
                Idąc na historię magii byłam w nieco lepszym nastroju. Byłam dalej zmęczona i niewyspana, ale na szczęście przy śniadaniu wypiłam kawę. Dzięki temu czułam się jak człowiek a nie jak trup. Audrey udało się zrobić mi koka, przez co nawet go przypominałam.
                Weszłam do klasy jako jedna z pierwszych osób. Było już tutaj kilka osób z Hufflepufu i Ravenclaw. Póki co żadnego Gryfona ani Ślizgona. Usiadłam przy ścianie w piątym rzędzie. Patrzyłam jak przez dziesięć minut sala powoli się zapełnia. Uczniowie wchodzili dwójkami lub trójkami, rzadko kiedy pojedynczo. Niestety nikt z moich przyjaciół nie miał zamiaru kontynuować nauki tego przedmiotu. Nie było im to do niczego potrzebne. Uważali to za zbędny, nudny przedmiot, ale mnie to interesowało, chociaż nie tak mocno jak zielarstwo czy eliksiry.
                Ze ściany wyłonił się profesor Binns. Pamiętam, że, kiedy go po raz pierwszy zobaczyłam, byłam w szoku. Nikt z mojej rodziny nie poinformował mnie wcześniej, że jednym z nauczycieli jest duch. Uznałam to za coś sensownego, bo kto lepiej opowie o wydarzeniu niż osoba, która je przeżyła? Po pierwszym liście do rodziców wszystko się wyjaśniło. Binns po prostu zmarł w szkole jako nauczyciel i z jakiegoś powodu nie poszedł dalej. Było mi go wtedy szkoda, ponieważ musiał pracować całą wieczność bez szans na emeryturę.
– Witajcie. Od tego roku zaczynacie przygotowanie do Okropnie Wyczerpujących Testów Magicznych. Materiał z poprzednich lat będzie rozszerzany o nowe wiadomości i źródła, których dotychczas nie mieliście. Wszystkie wydarzenia będziemy omawiać chronologicznie – profesor zaczął lekcję. Po krótkim wstępie przeszedł do tematu lekcji. Jego głos działał na jeszcze bardziej usypiająco niż zwykle. Nie mogłam przecież tak po prostu usnąć na lekcji pierwszego dnia…

***
                Audrey czekała na mnie przed wejściem do szkoły.
– Pospałaś na historii magii? – zapytała ziewając.
– Nigdy w życiu! Wiesz, że nie śpię na lekcjach! Było ciężko, ale jakoś dałam radę. – uśmiechnęłam się.
Roześmiała się.
– Wróżbiarstwo poprawiło mi humor. Mel wywróżyła mi, że ten rok skończy się dla mnie ogromnym sukcesem. Trelawney z kolei dodała, że w najbliższych czeka mnie wiele pozytywnych zmian w moim życiu.
                Z całego serca gardziłam wróżbiarstwem. Sztuki jasnowidzenia nie można było się nauczyć od tak. Z tym trzeba było się urodzić, a niewielu czarodziejów miało to we krwi. Przepowiednie uczniów albo były nietrafione, albo były tak ułożone, że spełnić je mogło praktycznie wszystko. Nie wierzyłam w nie. Czym innym była numerologia, do której należało się przyłożyć, żeby zrozumieć jak duże znaczenie miała moc poszczególnych liczb. Te przepowiednie zazwyczaj się spełniały, chociaż czasami przeszkadzały w tym czynniki niewzięte wcześniej pod uwagę. Moim zdaniem Audrey wybrała wróżbiarstwo, dlatego że było dość proste, a jej zdaniem także ciekawe i przydatne w życiu.
– Czy ona nie mówi ci podobnych rzeczy co roku? – spytałam.
– Owszem, ale co roku ma rację. Zawsze jak coś powie, to się tak dzieje. Wiesz przecież, że wywróżyła mi związek z Albusem.
– Mówiłaś, że powiedziała ci tylko coś o jakimś brunecie, więc sama go wybrałaś.
– Ech… – westchnęła czarnowłosa. – Obydwie dobrze wiemy, że twoje wewnętrzne oko jest zamknięte i w ogóle nie działa, dlatego proszę, nie wypowiadaj się o jasnowidzeniu.
                Jej wypowiedź oznaczała, że kończymy tę dyskusję. Zawsze się tak kończyło, ponieważ „jej wewnętrzne oko jest szeroko otwarte na wszystkie szczegóły, co jest wręcz niespotykane u mugolaków, i wielu czarodziei może jej go pozazdrościć”.
                Zaczęłyśmy iść wąską ścieżką w kierunku szklarni. Czekały nas teraz dwie godziny zielarstwa z profesorem Longbottomem. Dla mnie i moich krewnych profesorem był tylko podczas lekcji oraz kiedy przychodził do nas jako opiekun domu. Po tym z powrotem stawał się wujkiem Nevillem.  
Już z daleka było widać otwarte drzwi do szklarni, w której miałyśmy mieć zajęcia. Zdecydowałyśmy, że nie będziemy jeszcze do niej wchodzić. Chciałyśmy się nacieszyć się tym przyjemnym ciepłem na zewnątrz, które zdarzało się dość rzadko. Żadnego wiatru, żadnych chmur, tylko tyle pięknych promieni słonecznych.
– Jeszcze zdążymy się wysiedzieć w tej dusznej, szklanej klatce, nie? – mugolaczka zapukała w szybę. Kilku uczniów spojrzało się nas.
– Wiesz, że każda chwila z roślinami jest dla mnie najlepsza. – odpowiedziałam.
– Tak jak z eliksirami.
– Dokładnie!
To były moje dwa ulubione przedmioty. Rośliny i ich zastosowania były moją pasją. Szczególnie jeśli były stosowane w eliksirach lub celach leczniczych. Z tym właśnie wiązałam swoją przyszłość. Chciałam zostać uzdrowicielką. Zawsze uwielbiałam pomagać ludziom. Czułam się przez to lepszym człowiekiem, bo mogłam po prostu zrobić coś dla kogoś lub dać komuś radość. To było najlepszym uczuciem, jakie znałam, widzieć jak na kogoś twarzy pojawiał się uśmiech. Albus powtarzał mi, że nie znał większej altruistki ode mnie, ale też jako jedyny dostrzegał mój wewnętrzny egoizm, którego w sobie nienawidzę. Altruizm, mimo że jest dla mnie naturalny i przychodzi sam, to jest głównie dla równowagi. Mój najbliższy kuzyn i tak powtarzał mi, że powinnam  więcej myśleć o sobie, czasem skupić się na swoich potrzebach, a nie wszystkich wokół.
Skończyłam rozmyślać, gdy brunetka szturchnęła mnie łokciem.
– Wchodzimy – mruknęła.
Wybrałyśmy miejsca po środku szklarni. Lepszych po prostu nie było. Były na tyle blisko, by dokładnie słyszeć nauczyciela i na tyle daleko, by móc swobodnie rozmawiać.
– Widzę, że mój kok się jeszcze trzyma –szepnęła Audrey, kiedy zaczynałyśmy przesadzać czyrakobulwy.
– Nie wiem, jak udało ci się go zrobić bez użycia magii.
­– Skąd wiesz, że nie rzuciłam żadnego zaklęcia?
– Moje włosy tym razem nie płonęły – zaczęłam wspominać, jak na drugim roku trafiłam do Skrzydła Szpitalnego ze spalonymi włosami i poparzoną głową, bo brunetka wspomagała się czarami przy prostowaniu moich loków. Spędziłam tam tylko noc, ale wspomnienie uczucia odrastających w tak szybkim tempie włosów jest dalej nieprzyjemne. Następnego ranka i tak były o połowę krótsze.
– One są zawsze płomienne.
– Tylko w takiej postaci toleruję ich ognistość. I niech tak zostanie.

***
Wychodząc ze szklarni Audrey odetchnęła z ulgą.
– Jak to dobrze oddychać świeżym powietrzem.
– Nie przesadzaj…
– Przesadzania mam w tej chwili serdecznie dość. – przewróciła oczami.  – Wiem, że nie ma dla ciebie lepszego zajęcia. Transmutacja teraz?
– Tak. Jak myślisz, dlaczego dyrektorka przygotowuje do owutemów?
– Może po prostu nie ufa na tyle Kenethowi?  
Wchodziłyśmy po schodach na pierwsze piętro. Ten zamek miał wiele różnych przejść i niezliczoną ilość schodów. Dziwiłam się, że ani razu się w nim nie zgubiłyśmy.
Przez drzwi do klasy zobaczyłam dyrektorkę.
– O, nie! – krzyknęłam. – Nie mam zamiaru się do niej spóźnić.
 Nie wiedziałam, która jest godzina, ale skoro McGonnagal była w klasie, lekcja musiała się zacząć. Wbiegłam do klasy.
– Dzień dobry, pani profesor – wysapałam.
– Dzień dobry. Panno Weasley, nie ma co się śpieszyć. Proszę wziąć przykład z panny Smith – odpowiedziała mi. Audrey właśnie wchodziła do klasy.
Tutaj ławki były pojedyncze. Zajęłyśmy z Audrey miejsca koło siebie. Siadając tuż pod oknem, czułam, że ktoś się na mnie patrzył. Odwróciłam się w tamtym kierunki i zobaczyłam, że z drugiego końca sali Malfoy zabijał mnie swoim wzrokiem.
– Zaczynacie już szósty rok nauki. Jest to początek przygotowań do Okropnie Wyczerpujących Testów Magicznych, dlatego też zdecydowałam się nauczać tego przedmiotu na szóstym i siódmym roku nauki. Jako dyrektorce szczególnie zależy mi na tym, abyście zdali te egzaminy jak najlepiej. Nie chciałam też porzucać posady nauczyciela, by w pełni zająć się zarządzaniem szkołą. Po tylu latach pracy w tej w szkole posiadam bardzo dużą wiedzę, którą zawsze staram się przekazywać uczniom jak najdokładniej, co jest niezbędne zdania owutemów.
Miała rację. Jej wiedza na temat transmutacji i zdolności w tej dziedzinie były co najmniej na wybitnym poziomie.
Nagle wpadła do głowy mi pewna myśl, która pomoże mi wspierać Inez. Potrzebowałam tylko pomocy kogoś doświadczonego w tym temacie, a najlepsza osoba, która mogłaby mi pomóc właśnie ma mnie nauczać przez najbliższe dwa lata! Tylko jak ją poprosić o prywatne lekcje, żebym mogła zostać animagiem?   

____________________________________________________

Hej!
Nigdy wcześniej nie napisałam tak długiego rozdziału. Mogę powiedzieć, że moja wena częściowo powróciła. Miałam teraz wolne, więc dużo czasu poświęciłam na napisanie tego rozdziału i zaplanowanie kolejnych. Wpadły mi też pomysły na kilka miniaturek. 
I co najważniejsze. Jak Wam się podoba rozdział? Opowiadanie zachęca Was do dalszego czytania? 

czwartek, 23 marca 2017

Kolorujesz moją szarość


Neville Longbottom był załamany. Wszystko zaczęło się od tego, że dziewczyna, którą kochał wybrała innego. Chwilę wcześniej narobiła mu nadziei, że z tej znajomości będzie coś więcej, że wszystko potoczy się tak, jak on by chciał. Niepotrzebnie się z nim całowała. Tylko spotęgowała jego ból, ale dalej była dla niego najważniejsza. Był gotów jej dać wszystko czego ona zapragnie, a jednak wybrał tego, który ją zranił. On nigdy by jej tego nie zrobił, nie potraktowałby jej w taki sposób. To dla niej starałby się być lepszy od każdego, lepszym od tego drugiego, lepszym od samego siebie. Ale prawda była inna. Cokolwiek by się stało, Luna Lovegood wolała Malfoya, a jemu zostało jedynie się z tym pogodzić. Poza tym z pewnością zawalił SUMy. Nie mógł się na niczym skupić. Ból jaki mu towarzyszył był nie do wytrzymania, rozrywał go od środka, nie pozwalał mu się skupić na egzaminach. Miał nadzieję, że chociaż zielarstwo mu dobrze pójdzie. Jedynie to uspakajało młodego Longbottoma.
Mimo ciepłych, letnich dni Gryfon nie  wychodził na błonia. Czas spędzał samotnie w Pokoju Życzeń, gdzie czytał o magicznych roślinach. Nie był tam narażony na krzywe spojrzenia innych ani widok Luny i jej chłopaka. Cieszył się jej szczęściem, ale nie mógł na nie patrzeć. Za bardzo przy tym cierpiał. Myśl, że chociaż ona jest szczęśliwa dodawała mu otuchy.
Neville szedł do Pokoju Życzeń, by w spokoju sobie porozmyślać. Pogrążony w myślach szedł po schodach. Z tego stanu wyrwało go niespodziewane szarpnięcie. Schody zaczęły zmieniać kierunek.
– Super – jęknął. – Jeszcze tego mi brakowało.
Mimo że nie był po raz pierwszy w takiej sytuacji, zdołowało go to. Myślał po tylu latach zna ten zamek jak własną kieszeń. Nie mógł się bardziej mylić. Przebywał przecież w jednym z najmniej przewidywalnych budynków na świecie. Po jakiejś godzinie szukania drogi powrotnej, zgubił się kompletnie. Był w tej części zamku, której w ogóle nie znał. Neville stał się jeszcze bardziej zdołowany niż wcześniej. Usiadł pod portretem czarownicy płonącej na stosie i ich przekleństwa zlały się w jedno.
– Uspokój się – usłyszał znajomy, kobiecy głos.
– Po co? To wszystko, co słyszysz to prawda. Wierz mi lub nie, ale mam prawo tak twierdzić. – Gryfon uniósł głową i jego mina szybka stała się adekwatna do sytuacji.
Zobaczył ducha.  Konkretniej ducha kobiety, z którą rozmawiała Luna, kiedy szukali jej z Malfoyem.
– Nie twierdzę, że nie – odpowiedziała ze spokojem.
– To ty… – wyszeptał. Był wściekły.
– Tak, to ja, duch domu Ravenclaw, Szara Dama.
                Neville nie zwrócił uwagi na pochodzenie zjawy i w przypływie gryfońskiej odwagi, nie myśląc wcale o konsekwencjach zrobił coś, co napawało go przerażeniem na samą myśl. Najzwyczajniej w świecie się na nią wydarł.
– Z TOBĄ LUNA WTEDY ROZMAWIAŁA! TO TY JEJ TAK WTEDY DORADZIŁAŚ. TY MI ZNISZCZAŁAŚ ŻYCIE! PRZEZ CIEBIE TAK TERAZ CIERPIĘ! –krzyczał. Wreszcie mógł to komuś powiedzieć.  Była to druga rzecz, której pragnął najbardziej. Wyrzucić z siebie to wszystko, co czuł.
Krzyczałby dalej, ale stało się to, co w normalnych warunkach budziło w nim taki strach, że nie chciał o tym myśleć. Ściągnął na siebie gniew ducha. Może był to krótki wybuch, jednak Neville nigdy nie bał się jak w tamtej chwili. Twarz Szarej Damy stała się tak przerażająca, że zwykłe słowa nie są w stanie tego opisać, a najdzielniejszy Gryfon straciłby swoją odwagę. Jednak młody Longbottom stał tam dalej. Był gotów nawet być prześladowany przez nią do końca swoich dni, prawie umierać, żyć z tym lękiem dzień w dzień.
– Nic nie wiesz. Jesteś zwykłym, aroganckim gryfonem i nic nie wiesz – szeptała. Był to zimny, cichy, przeszywający do głębi szept. Sto razy gorszy od krzyku. Roznosił się echem po korytarzu, ale szybko się ginął.
– Kiedy nic…
– Nie odzywaj się – ostro mu przerwała. – Wiesz, jak bolała ją ta zdrada, ale ja nie kazałam jej wracać. Jest mądrą dziewczyną. Nie bez powodu znalazła się w Ravenclaw. Poszła za głosem swego serca. To był jej wybór. O tyle szczęśliwy, że jednocześnie poznała prawdę.
– Prawdę? To musiała być kolejna porcja kłamstw.
– Jestem duchem. Wiem więcej niż inni. Czy w tej szkole zwraca ktoś uwagę na duchy? Nie.  – powoli się uspokajała. – Myślisz, że jej ta sytuacja nie boli? Miała świadomość, że musiała jednego z was zranić. Sądzisz, że byłaby z tobą szczęśliwa?
– Zrobiłbym wszystko, żeby o nim zapomniała. Nigdy bym jej nie zranił.
– Jakiś ty głupi! Nie byłaby. Ciągle by się zadręczała, że nie może ci dać tyle na ile zasługujesz, ile powinna ci dać. Kocha cię, to prawda, ale nie tak jak oczekujesz. Myślisz, że byłoby jej lekko żyć z poczuciem, że cię okłamuje?
Zaprzeczył.
– Będę na nią czekać – odparł hardo.
– Na marne. Jesteś młody, jeszcze kogoś znajdziesz. Daj sobie czas. – zaczęła mu doradzać. – Jestem w tym zamku od ponad tysiąca lat. Widziałam różne związki na przełomie wieków. Niewiele z nich wyszło poza mury szkoły.
– Skąd pewność, że moje uczucie nie jest wystarczająco silne? – zapytał.
– Nie ma. Nawet ty sam nie możesz mieć tej pewności. Ta prawdziwa miłość przyjdzie nieoczekiwana.
– Jest ze mną odkąd pamiętam. Nie wyobrażam sobie niczego bez niej. – wyznał.
– I co z tego?
Zamilkli. On szedł, a ona sunęła w powietrzu, lecz żadne się już nie odzywało.
– Zgubiłem się – wyznał Neville.
– Wiem. Stąd powinieneś już trafić do swojej wieży.
– Trafię.  – zapewnił ją. – Dziękuję, że rozmowę. Będę mógł cię jeszcze kiedyś znaleźć?
– Pojawię się, gdy tylko będziesz mnie potrzebował. – odpowiedziała bez zastanowienia. Zwykle trzymała ludzi na dystans, jednak tym razem Szara Dama czuła, że musi postąpić inaczej, musi pomóc temu zagubionemu chłopcu.
***
Następnego dnia próbował ją odszukać. Szara Dama pojawiła się, dlatego że czuła, iż chłopak naprawdę jej potrzebował. Mimo takiej różnicy wieków, pokoleń i mentalności zaczęli rozumieć się bardzo dobrze. Początkowo rozmowy dotyczyły tylko uczuć.
– A ty? Kochałaś kiedyś kogoś? – zapytał się Neville.
– Jeśli chodzi o mężczyznę, to nie potrafię odpowiedzieć. Po prostu nie mam pojęcia. – Była szczera. – Mam wrażenie, że nie potrafiłam wtedy nikogo pokochać.
– Myślisz, że teraz się coś zmieniło? – Gryfon był zaintrygowany.
– Wątpię. Jeśli za życia nie kochałam, to jak mam kochać po śmierci? Miłość to rzecz ludzka, a ja już nie pamiętam jak jest być człowiekiem. – Szara Dama zaśmiała się gorzko i zamilkła. Nie wiedziała, czemu najpierw dała mu taką odpowiedź. Przecież nigdy nie kochała i pewnie już nie pokocha, bo jak miałoby się to zmienić? Kto by pokochał ducha? Nie przemyślała tamtej odpowiedzi. Nawet nie miała pojęcia  jak to usprawiedliwić, ale Neville o nic więcej jej nie pytał.
Do końca roku szkolnego został ponad tydzień. Oboje spędzali ze sobą każde popołudnie. Mieli świadomość, że pochodzą z różnych światów, ale nikt inny nie rozumiał ich tak jak oni sami. Zauważyli, że obydwoje pragną tak samo mocno tych spotkań, chociaż żadne otwarcie tego nie powiedziało. Przez tych kilka dni zbliżyli się do siebie.
– W przyszłym roku będę przychodził do ciebie na korepetycje z historii magii  – zażartował Neville. Z każdą chwilą było im coraz łatwiej ze sobą przebywać. Dystans między nimi się zmniejszał.
– Nie sądzę. Nie mam takiego doświadczenia jak profesor Binns – odpowiedziała.
– Opowiadasz o wiele ciekawiej niż on. Poza tym jesteś córką założycielki Hogwartu. Powinni cię przyjąć na jego stanowisko po znajomości. – puścił jej oczko.
­– Tak, tak… Może wiem od niego więcej, bo przeżyłam niektóre rzeczy naprawdę, ale on jest o wiele bardziej doświadczony w nauczaniu młodzieży.
­ – Wiesz jak on przynudza?
– Unikam go – przyznała się.
– Nie dziwię Ci się – roześmiał się, a ona mu zawtórowała.
Im więcej czasu z nią spędzał, tym bardziej zapominał o Lunie. Najpierw rozmowy z nią pomogły mu ukoić ból, zrozumieć i ocenić całą tą sytuację z innej perspektywy. Myślał, że gdy przyzna jej rację, to na tym zakończy się ich znajomość.  Był trochę zdziwiony, że się dalej spotykali, ale bardzo go to cieszyło. W weekend spędzili prawie cały czas razem. Szara Dama nawet lepiej pamiętała od Neville’a o jego ludzkich potrzebach. Kiedy szedł na posiłki, stawał się przygaszony. Starał się jeść jak najszybciej, by móc do niej wrócić.
– Zdaje mi się, że zaczynam przypominać sobie jak to jest być człowiekiem – powiedziała w ostatnią niedzielę roku szkolnego. – Muszę cię cały czas pilnować, żebyś jadł, spał i nie wpadał w tarapaty.
– Niedługo przypomnisz sobie, jak się kocha.
– Nie potrafiłam kochać – przypomniała mu.
– To się nauczysz.
– Kogo miałabym kochać? Ducha bazyliszka czy szczurów zabitych przez panią Norris?
– Sądzę, że te szczury byłyby fajnymi zwierzakami domowymi. Weźmiesz jednego i przez wakacje go oswoisz, a we wrześniu będziesz mi się nim chwalić. – zaśmiał się.
Uświadomił sobie w tamtej chwili, że nie będzie się z nią widzieć przez dwa miesiące. Było to dla niego czymś niewyobrażalnym. Już nocami i podczas lekcji za nią tęsknił, a co będzie teraz? Nie będzie miał z nią w ogóle kontaktu. Może pisać do niej listy, ale jak ona mu odpisze? Czy będzie mogła je w ogóle odczytać? Ta przerwa będzie dla Gryfona wiecznością. W tamtym momencie zrozumiał, że twierdząc, iż ona jeszcze kogoś pokocha, miał na myśli siebie. Pragnął, by go pokochała. Chciał z nią być, ale nie mógł.
Ona czuła to samo, choć bała się przyznać. Znowu poczuła się jak człowiek, jakby jej śmierć była tylko złym snem, a on pomógł się jej obudzić. Jej życie nabrało wreszcie kolorów. Nie było już szare. Miało tyle barw jak nigdy wcześniej. Z życiem Neville’a było tak samo.
Obydwoje wiedzieli, że ich związek jest niemożliwy, dlatego nie okazywali sobie większych uczuć niż powinni. Zachowywali się do końca roku szkolnego jak przyjaciele. Nie wystarczało im to, ale nie mogli nic więcej zrobić.
Pakując kufer przed powrotem do domu, Neville wpadł na pomysł. Chciał zostać z nią w Hogwarcie do końca świata, na całą wieczność  i żeby to się spełniło, musi umrzeć. Ta myśl przyszła do niego niespodziewanie. Była tak kusząca, że nie chciał jej zatrzymywać dla siebie, ale nie mógł jej powiedzieć, co planuje. Nie pozwoliłaby mu na to, ale on to zrobi. Na jesieni gdy tylko wróci do Hogwartu…

 ______________________________________________
 Hej!
Dziś wrzucam miniaturkę. Jest to takie nawiązanie do "Ja i Draco".  Nie pamiętam, jak wpadłam na ten pomysł, jednak wydał mi się bardzo ciekawy i uznałam, że warto coś o nich razem napisać. 
Mam nadzieję, że Wam się podoba. :D Napiszcie co myślicie.  

czwartek, 23 lutego 2017

W blasku srebrzystej tarczy. Rozdział 2



                Weszliśmy do Wielkiej Sali i zajęliśmy nasze miejsca. Przy stole Gryffindoru istniały pewne nie zapisane zasady.  Po mojej prawej stronie zawsze siedziała Inez, a za nią jej koleżanki z roku. Po lewej Audrey i Melanie, a naprzeciwko mnie miejsce zawsze zajmowała moja rodzina Lily, Albus, Hugo, James i Fred. W tym roku została tylko pierwsza trójka. Z naszej rodziny tylko my nie skończyliśmy edukacji.
                Spojrzałam na stół nauczycielski. Faktycznie nigdzie nie było widać wychudzonego Sicherhaista. Jego miejsce zajmował mężczyzna przeciętnej urody, ale o sympatycznej twarzy. Wyglądał na dość wyluzowanego i zdawał się nie przejmować setkami uczniów patrzących się na niego.
                Do Wielkiej Sali wszedł Timothy Keneth, zastępca dyrektorki niosący Tiarę Przydziału. Postawił ją na stołku przed profesorami, a ona rozpoczęła swoją pieśń, zaczynając tym samym Ceremonię Przydziału. Do Gryffindoru trafiło dwudziestu siedmiu uczniów.
                Dyrektor McGonnagal zaczęła wygłaszać przemowę.
– Witam wszystkich uczniów, w szczególności tych rozpoczynających naukę w naszej szkole.  W pierwszej kolejności chciałabym przedstawić nowego nauczyciela eliksirów, Petera Camposa.
                Profesor Campos wstał i ukłonił się. Był dość wysoki.  Wszyscy uczniowie zaczęli bić brawo.
- Profesor Sicherhaist z powodów osobistych zrezygnował z nauczania w Hogwarcie. Po drugie, uczniowie pierwszego roku mają zakaz posiadania własnych mioteł. Przypominam, że wstęp do Zakazanego Lasu jest surowo zabroniony i to się tyczy każdego. Na tablicy informacyjnej obok wejścia do Wielkiej Sali jest wywieszona lista rzeczy zabronionych. Teraz jedzcie, moi drodzy.  – profesorka zakończyła swoją przemowę.
                Zawsze mówiła krótko i zwięźle. Nie miała przed czym nas ostrzegać, bo czasy szczególnego niebezpieczeństwa dawno minęły wraz ze śmiercią Voldemorta. Wciąż istniało wielu czarnoksiężników, lecz nie tak groźnych jak on.
                Na stole pojawiły się  potrawy. Wszystkie wyglądały znakomicie i na pewno smakowały tak dobrze jak wyglądały, ale ja nie byłam głodna. Nałożyłam sobie tylko trochę zapiekanki.
– Nie widziałam cię na ani na stacji, ani w pociągu. Gdzie byłaś? – Audrey zwróciła się do Mel.
– Przyjechałam dość wcześnie i od razu wsiadłam z bratem do pociągu. Później przyszli jego znajomi, a ja usnęłam.
– Jak zwykle – skomentowałam.  – A gdybyś odjechała kiedyś z powrotem do Londynu?
– Nie żartuj sobie w tej chwili. Już dziś mało brakowało. Cieszę się, że założyłam szatę od razu po wejściu. – powiedziała. – Mój brat nie chciał mnie obudzić i gdyby nie trzasnął tak głośno drzwiami, to bym tu z wami nie siedziała!
– Teraz to ty żartujesz!
– Przyśniło ci się! – Audrey była zaskoczona.
 – Chciałabym, ale Adam powiedział, że może się wreszcie czegoś nauczę.
– Rose? – głos należał do Jasona, kapitana drużyny quidditcha naszego domu.
                Dziewczyny twierdziły, że się we mnie zakochał. Nie dostrzegałam tego, a może nawet nie chciałam dostrzec. Był po prostu dla mnie miły i mnie lubił ze wzajemnością, nic więcej. Zawsze powtarzałam im, że nie jest w moim typie, bo jest zbyt pewny siebie. Wtedy padało pytanie „To jaki jest ten twój typ?”. Próbowałam im to wiele razy wytłumaczyć, ale ciężko im było pojąć to, że to co mi podoba się jest trochę pospolite. Audrey stwierdziła, że teoretycznie powinnam już dawno znaleźć odpowiedniego chłopaka, bo wielu jest inteligentnych, zabawnych i troskliwych. Wyliczała też pozostałe cechy i zachowania, które lubię oraz cytowała mnie, że przecież nie musi być całkowicie taki jak chcę, bo „część z tego to tylko miły dodatek”. Zdaniem Mel nawet Jason taki był.  W sumie nigdy nie twierdziłam, że nie, ale był prawie arogancki, a to mnie zawsze odrzucało u chłopaków. W Hogwarcie wielu było takich, wielu też było za mało pewnych siebie, ale większość nie potrafiła mnie sobą zainteresować.
– Tak?
– Wiesz, że jesteś bezkonkurencyjnym obrońcą? Mam nadzieję, że w tym roku dalej będziesz chciała grać.
– Przecież bym sobie tego nie odpuściła. – uśmiechnęłam się. – Poza tym, musimy odzyskać Puchar Domów.
                W tamtym roku przegraliśmy z Hufflepuffem raptem dziesięcioma punktami.  My dostawaliśmy punkty głównie za grę, a oni tak wiele zdobyli jako nagrody za pomoc. Nikt nie ukrywał, że nam dość często odejmowano punkty za różne przewinienia, co Puchonom zdarzało się nieczęsto. Byli szczerzy, pomocni oraz niemal wszyscy po prostu szanowali zasady szkoły i ich nie łamali. Podziwiałam ich za to, bo sama czasami ich nie przestrzegałam, ale rzadko zdarzało się, żebym dała się przyłapać. Przez cały piąty rok stało się to raptem pięć razy. Przeze mnie straciliśmy jakieś trzydzieści punktów, bo dwa razy udało mi się wybronić. Za każdym razem była to wina naszej nieuwagi, gdy za bardzo skupiliśmy się na naszych celach i spadła nam niewidka lub za późno sprawdziliśmy Mapę Huncwotów. Najbardziej ostrożnie zachowywałam się ja z Albusem. Byłam pewna, że gdyby nie to, nikt z naszej rodziny nie ukończyłby nauki w tej w szkole.  
— Tak mało nam brakowało… Cieszę się, że dalej chcesz grać. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobił. – puścił mi oczko i odszedł.
                Mel zachichotała.
– Jak możesz tego nie…
– Pogadamy później. – uciszyłam ją.
– O! Już nie mogę się doczekać. – Audrey prawie podskoczyła  z podekscytowania.  Miałyśmy naszą własną małą tradycję. Zawsze po powrocie do Hogwartu pierwszą noc spędzałyśmy plotkując. Z Melanie czasem widziałyśmy się w wakacje, ale na krótko i nigdy nie mogłyśmy sobie powiedzieć wszystkiego, co byśmy chciały. W trakcie jakichkolwiek przerw od szkoły z mugolaczką nie miałyśmy żadnego kontaktu. Zależało nam na tym, żeby wiedzieć co się działo w naszym życiu przez ten czas. To ona zawsze najbardziej cieszyła się na tę myśl.
                Ze stołów zaczęły znikać półmiski z jedzeniem. Wstałam i podeszłam, aby ustawić pierwszorocznych, a Al poszedł po hasło.
– Idź już! – krzyknął.
                Zaczęłam prowadzić. Kuzyn doskoczył do mnie w kilku krokach.
– Hasło to Felix Felicis.
– Łatwe do zapamiętania – stwierdziłam.
                Modliłam się, aby dziś schody nie zechciały się przemieścić. Dla pierwszorocznych – szczególnie z mugolskich rodzin – byłby to szok, a później mieliby kłopot ze znalezieniem drogi do dormitorium.
                Kiedy tylko weszliśmy na korytarz, usłyszeliśmy Grubą Damę. Śpiewała jakąś pieśń operową. Przynajmniej taki miała zamiar, a w praktyce wydawała z siebie tylko wysokie dźwięki.
– Felix Felicis – ostro jej przerwałam.
                Wpuściła nas do środka mrucząc, że olbrzym nadepnął mi na ucho i nie słyszę prawdziwego talentu.
***
– I co, Mel? Jaki był? – spytałam.
                Melanie podczas pobytu w Grecji poznała jakiegoś Walijczyka.
– Cudowny. Zupełnie inny niż Daniel. Był taki czuły i obiecał, że odwiedzi mnie w sierpniu. I to zrobił! Ma w sobie coś prawdziwego. Nie ma w nim żadnej fałszywości.
– Odetchnęłam z ulgą! Myślałam, że do końca szkoły będziesz nam rozpaczać po Danielu –powiedziała Audrey. – Miałyśmy już dość tego, że cały czas gadasz, jak bardzo ci złamał ser…
– Bardzo się cieszymy, że się z niego wyleczyłaś. To miała na myśli – przerwałam brunetce.
– Szkoda, że to tak długo trwało… - powiedziały jednocześnie moje współlokatorki i wybuchłyśmy wszystkie śmiechem.
                Miały rację. Od trzech lat opowiadała nam, jak bardzo jest z tego powodu nieszczęśliwa. Była trochę przewrażliwiona, a gdy się rozkręciła, nie mogłyśmy dojść do słowa i musiałyśmy ją uspokajać, bo nagle zaczynała płakać. Nieczęsto odbywałyśmy z nią takie rozmowy, a kiedy już to robiłyśmy, ustalałyśmy, że Mel mówi na końcu. Zgadzała się i mówiła, iż to świetny pomysł, chyba że to ona wychodziła z inicjatywą i musiała nam o czymś powiedzieć, co i tak kończyło się tym, że wracała do tematu Daniela. Mimo wszystko jej rady prawie zawsze były trafne i potrafiła pocieszyć jak nikt inny.
– Wiesz co, Rosie? – zamyśliła się Mel.
– Chcesz mi znowu powiedzieć, że jestem ślepa? Z Jasonem utrzymujemy tylko koleżeńskie stosunki.
– On chciałby czegoś więcej. – wtrąciła się Audrey. – Nie widzisz jak on na ciebie patrzy?
– Nie o to mi teraz chodzi. Zazdroszczę ci trochę tego, że potrafisz się tak szybko otrząsnąć i mimo zauroczenia potrafisz myśleć trzeźwo.
– Nie przesadzaj. Ten twój niepoprawny romantyzm też jest godny pozazdroszczenia. Ja po prostu nie spotkałam żadnego chłopaka, z którym bym się dobrze czuła i warto byłoby się dla niego starać, a nawet cierpieć.
– Wiesz, ile dziewczyn by cierpiało dla takiego Matthew z Hufflepuffu? – Audrey wspomniała o moim jedynym związku. Nie budziło to we mnie smutku ani w jakikolwiek sposób mnie to nie dołowało, było mi szczerze obojętne. Jedynie byłam zła na siebie, bo byłam jedną z dwóch jego dziewczyn i wyszłam na idiotkę.
– Jasne, jakby był tego wart. Przypominam, ze spotykał się z Krukonką ze swojego rocznika.
– Jednak nie ukryjesz, że był wobec ciebie czuły.
– Tak, tak… Miał wystarczająco dużo tej czułości na nas dwie. – stwierdziłam. Dla mnie ten związek był pewną plamą na honorze, ale cały czas nie rozumiałam, jakim cudem ta Krukonka była tak głupia, że nie zostawiła go po tym, gdy już to wszystko się wydało.
– Po czymś takim, to ja bym się w ogóle nie pozbierała – westchnęła Mel.
                Obie spojrzałyśmy na nią, jakby spadła z kosmosu.
– Spotykałam się z nim niecałe cztery miesiące i uczucie do niego nie było wystarczająco silne. – wyrecytowałam. Powtarzałam to tyle razy, że mówiłam to już bez żadnych emocji.
– Rose, Rose, Rose… Nie znasz naszej Melanie? Już by się zakochała po uszy!
– Niestety… Znasz mnie już za dobrze. – szatynka się roześmiała, a my razem z nią.
– Wiecie co? Wszystkie mamy nudne życie miłosne. – stwierdziłam. – Audrey cały czas jest z jednym chłopakiem, mnie żaden nie potrafi zainteresować sobą na dłużej. Chociaż u Mel teraz się ożywiło i skończyła rozpaczać.
– Ruda, ty w ogóle nie masz życia miłosnego. – Mel po raz kolejny roześmiała się  serdecznie.
                Miała rację. Czy rzadkie i krótkie zauroczenia można nazwać życiem miłosnym? 

________________________________________________________

Cześć! 
Wreszcie wrzuciłam ten rozdział. Był gotowy jakoś od jesieni i sama nie wiem, dlaczego wrzucam go dopiero teraz. :) Mam nadzieję, że się podoba.  
Bardzo proszę, żebyście napisali w komentarzach jak Wam się podoba. :D