czwartek, 23 lutego 2017

W blasku srebrzystej tarczy. Rozdział 2



                Weszliśmy do Wielkiej Sali i zajęliśmy nasze miejsca. Przy stole Gryffindoru istniały pewne nie zapisane zasady.  Po mojej prawej stronie zawsze siedziała Inez, a za nią jej koleżanki z roku. Po lewej Audrey i Melanie, a naprzeciwko mnie miejsce zawsze zajmowała moja rodzina Lily, Albus, Hugo, James i Fred. W tym roku została tylko pierwsza trójka. Z naszej rodziny tylko my nie skończyliśmy edukacji.
                Spojrzałam na stół nauczycielski. Faktycznie nigdzie nie było widać wychudzonego Sicherhaista. Jego miejsce zajmował mężczyzna przeciętnej urody, ale o sympatycznej twarzy. Wyglądał na dość wyluzowanego i zdawał się nie przejmować setkami uczniów patrzących się na niego.
                Do Wielkiej Sali wszedł Timothy Keneth, zastępca dyrektorki niosący Tiarę Przydziału. Postawił ją na stołku przed profesorami, a ona rozpoczęła swoją pieśń, zaczynając tym samym Ceremonię Przydziału. Do Gryffindoru trafiło dwudziestu siedmiu uczniów.
                Dyrektor McGonnagal zaczęła wygłaszać przemowę.
– Witam wszystkich uczniów, w szczególności tych rozpoczynających naukę w naszej szkole.  W pierwszej kolejności chciałabym przedstawić nowego nauczyciela eliksirów, Petera Camposa.
                Profesor Campos wstał i ukłonił się. Był dość wysoki.  Wszyscy uczniowie zaczęli bić brawo.
- Profesor Sicherhaist z powodów osobistych zrezygnował z nauczania w Hogwarcie. Po drugie, uczniowie pierwszego roku mają zakaz posiadania własnych mioteł. Przypominam, że wstęp do Zakazanego Lasu jest surowo zabroniony i to się tyczy każdego. Na tablicy informacyjnej obok wejścia do Wielkiej Sali jest wywieszona lista rzeczy zabronionych. Teraz jedzcie, moi drodzy.  – profesorka zakończyła swoją przemowę.
                Zawsze mówiła krótko i zwięźle. Nie miała przed czym nas ostrzegać, bo czasy szczególnego niebezpieczeństwa dawno minęły wraz ze śmiercią Voldemorta. Wciąż istniało wielu czarnoksiężników, lecz nie tak groźnych jak on.
                Na stole pojawiły się  potrawy. Wszystkie wyglądały znakomicie i na pewno smakowały tak dobrze jak wyglądały, ale ja nie byłam głodna. Nałożyłam sobie tylko trochę zapiekanki.
– Nie widziałam cię na ani na stacji, ani w pociągu. Gdzie byłaś? – Audrey zwróciła się do Mel.
– Przyjechałam dość wcześnie i od razu wsiadłam z bratem do pociągu. Później przyszli jego znajomi, a ja usnęłam.
– Jak zwykle – skomentowałam.  – A gdybyś odjechała kiedyś z powrotem do Londynu?
– Nie żartuj sobie w tej chwili. Już dziś mało brakowało. Cieszę się, że założyłam szatę od razu po wejściu. – powiedziała. – Mój brat nie chciał mnie obudzić i gdyby nie trzasnął tak głośno drzwiami, to bym tu z wami nie siedziała!
– Teraz to ty żartujesz!
– Przyśniło ci się! – Audrey była zaskoczona.
 – Chciałabym, ale Adam powiedział, że może się wreszcie czegoś nauczę.
– Rose? – głos należał do Jasona, kapitana drużyny quidditcha naszego domu.
                Dziewczyny twierdziły, że się we mnie zakochał. Nie dostrzegałam tego, a może nawet nie chciałam dostrzec. Był po prostu dla mnie miły i mnie lubił ze wzajemnością, nic więcej. Zawsze powtarzałam im, że nie jest w moim typie, bo jest zbyt pewny siebie. Wtedy padało pytanie „To jaki jest ten twój typ?”. Próbowałam im to wiele razy wytłumaczyć, ale ciężko im było pojąć to, że to co mi podoba się jest trochę pospolite. Audrey stwierdziła, że teoretycznie powinnam już dawno znaleźć odpowiedniego chłopaka, bo wielu jest inteligentnych, zabawnych i troskliwych. Wyliczała też pozostałe cechy i zachowania, które lubię oraz cytowała mnie, że przecież nie musi być całkowicie taki jak chcę, bo „część z tego to tylko miły dodatek”. Zdaniem Mel nawet Jason taki był.  W sumie nigdy nie twierdziłam, że nie, ale był prawie arogancki, a to mnie zawsze odrzucało u chłopaków. W Hogwarcie wielu było takich, wielu też było za mało pewnych siebie, ale większość nie potrafiła mnie sobą zainteresować.
– Tak?
– Wiesz, że jesteś bezkonkurencyjnym obrońcą? Mam nadzieję, że w tym roku dalej będziesz chciała grać.
– Przecież bym sobie tego nie odpuściła. – uśmiechnęłam się. – Poza tym, musimy odzyskać Puchar Domów.
                W tamtym roku przegraliśmy z Hufflepuffem raptem dziesięcioma punktami.  My dostawaliśmy punkty głównie za grę, a oni tak wiele zdobyli jako nagrody za pomoc. Nikt nie ukrywał, że nam dość często odejmowano punkty za różne przewinienia, co Puchonom zdarzało się nieczęsto. Byli szczerzy, pomocni oraz niemal wszyscy po prostu szanowali zasady szkoły i ich nie łamali. Podziwiałam ich za to, bo sama czasami ich nie przestrzegałam, ale rzadko zdarzało się, żebym dała się przyłapać. Przez cały piąty rok stało się to raptem pięć razy. Przeze mnie straciliśmy jakieś trzydzieści punktów, bo dwa razy udało mi się wybronić. Za każdym razem była to wina naszej nieuwagi, gdy za bardzo skupiliśmy się na naszych celach i spadła nam niewidka lub za późno sprawdziliśmy Mapę Huncwotów. Najbardziej ostrożnie zachowywałam się ja z Albusem. Byłam pewna, że gdyby nie to, nikt z naszej rodziny nie ukończyłby nauki w tej w szkole.  
— Tak mało nam brakowało… Cieszę się, że dalej chcesz grać. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobił. – puścił mi oczko i odszedł.
                Mel zachichotała.
– Jak możesz tego nie…
– Pogadamy później. – uciszyłam ją.
– O! Już nie mogę się doczekać. – Audrey prawie podskoczyła  z podekscytowania.  Miałyśmy naszą własną małą tradycję. Zawsze po powrocie do Hogwartu pierwszą noc spędzałyśmy plotkując. Z Melanie czasem widziałyśmy się w wakacje, ale na krótko i nigdy nie mogłyśmy sobie powiedzieć wszystkiego, co byśmy chciały. W trakcie jakichkolwiek przerw od szkoły z mugolaczką nie miałyśmy żadnego kontaktu. Zależało nam na tym, żeby wiedzieć co się działo w naszym życiu przez ten czas. To ona zawsze najbardziej cieszyła się na tę myśl.
                Ze stołów zaczęły znikać półmiski z jedzeniem. Wstałam i podeszłam, aby ustawić pierwszorocznych, a Al poszedł po hasło.
– Idź już! – krzyknął.
                Zaczęłam prowadzić. Kuzyn doskoczył do mnie w kilku krokach.
– Hasło to Felix Felicis.
– Łatwe do zapamiętania – stwierdziłam.
                Modliłam się, aby dziś schody nie zechciały się przemieścić. Dla pierwszorocznych – szczególnie z mugolskich rodzin – byłby to szok, a później mieliby kłopot ze znalezieniem drogi do dormitorium.
                Kiedy tylko weszliśmy na korytarz, usłyszeliśmy Grubą Damę. Śpiewała jakąś pieśń operową. Przynajmniej taki miała zamiar, a w praktyce wydawała z siebie tylko wysokie dźwięki.
– Felix Felicis – ostro jej przerwałam.
                Wpuściła nas do środka mrucząc, że olbrzym nadepnął mi na ucho i nie słyszę prawdziwego talentu.
***
– I co, Mel? Jaki był? – spytałam.
                Melanie podczas pobytu w Grecji poznała jakiegoś Walijczyka.
– Cudowny. Zupełnie inny niż Daniel. Był taki czuły i obiecał, że odwiedzi mnie w sierpniu. I to zrobił! Ma w sobie coś prawdziwego. Nie ma w nim żadnej fałszywości.
– Odetchnęłam z ulgą! Myślałam, że do końca szkoły będziesz nam rozpaczać po Danielu –powiedziała Audrey. – Miałyśmy już dość tego, że cały czas gadasz, jak bardzo ci złamał ser…
– Bardzo się cieszymy, że się z niego wyleczyłaś. To miała na myśli – przerwałam brunetce.
– Szkoda, że to tak długo trwało… - powiedziały jednocześnie moje współlokatorki i wybuchłyśmy wszystkie śmiechem.
                Miały rację. Od trzech lat opowiadała nam, jak bardzo jest z tego powodu nieszczęśliwa. Była trochę przewrażliwiona, a gdy się rozkręciła, nie mogłyśmy dojść do słowa i musiałyśmy ją uspokajać, bo nagle zaczynała płakać. Nieczęsto odbywałyśmy z nią takie rozmowy, a kiedy już to robiłyśmy, ustalałyśmy, że Mel mówi na końcu. Zgadzała się i mówiła, iż to świetny pomysł, chyba że to ona wychodziła z inicjatywą i musiała nam o czymś powiedzieć, co i tak kończyło się tym, że wracała do tematu Daniela. Mimo wszystko jej rady prawie zawsze były trafne i potrafiła pocieszyć jak nikt inny.
– Wiesz co, Rosie? – zamyśliła się Mel.
– Chcesz mi znowu powiedzieć, że jestem ślepa? Z Jasonem utrzymujemy tylko koleżeńskie stosunki.
– On chciałby czegoś więcej. – wtrąciła się Audrey. – Nie widzisz jak on na ciebie patrzy?
– Nie o to mi teraz chodzi. Zazdroszczę ci trochę tego, że potrafisz się tak szybko otrząsnąć i mimo zauroczenia potrafisz myśleć trzeźwo.
– Nie przesadzaj. Ten twój niepoprawny romantyzm też jest godny pozazdroszczenia. Ja po prostu nie spotkałam żadnego chłopaka, z którym bym się dobrze czuła i warto byłoby się dla niego starać, a nawet cierpieć.
– Wiesz, ile dziewczyn by cierpiało dla takiego Matthew z Hufflepuffu? – Audrey wspomniała o moim jedynym związku. Nie budziło to we mnie smutku ani w jakikolwiek sposób mnie to nie dołowało, było mi szczerze obojętne. Jedynie byłam zła na siebie, bo byłam jedną z dwóch jego dziewczyn i wyszłam na idiotkę.
– Jasne, jakby był tego wart. Przypominam, ze spotykał się z Krukonką ze swojego rocznika.
– Jednak nie ukryjesz, że był wobec ciebie czuły.
– Tak, tak… Miał wystarczająco dużo tej czułości na nas dwie. – stwierdziłam. Dla mnie ten związek był pewną plamą na honorze, ale cały czas nie rozumiałam, jakim cudem ta Krukonka była tak głupia, że nie zostawiła go po tym, gdy już to wszystko się wydało.
– Po czymś takim, to ja bym się w ogóle nie pozbierała – westchnęła Mel.
                Obie spojrzałyśmy na nią, jakby spadła z kosmosu.
– Spotykałam się z nim niecałe cztery miesiące i uczucie do niego nie było wystarczająco silne. – wyrecytowałam. Powtarzałam to tyle razy, że mówiłam to już bez żadnych emocji.
– Rose, Rose, Rose… Nie znasz naszej Melanie? Już by się zakochała po uszy!
– Niestety… Znasz mnie już za dobrze. – szatynka się roześmiała, a my razem z nią.
– Wiecie co? Wszystkie mamy nudne życie miłosne. – stwierdziłam. – Audrey cały czas jest z jednym chłopakiem, mnie żaden nie potrafi zainteresować sobą na dłużej. Chociaż u Mel teraz się ożywiło i skończyła rozpaczać.
– Ruda, ty w ogóle nie masz życia miłosnego. – Mel po raz kolejny roześmiała się  serdecznie.
                Miała rację. Czy rzadkie i krótkie zauroczenia można nazwać życiem miłosnym? 

________________________________________________________

Cześć! 
Wreszcie wrzuciłam ten rozdział. Był gotowy jakoś od jesieni i sama nie wiem, dlaczego wrzucam go dopiero teraz. :) Mam nadzieję, że się podoba.  
Bardzo proszę, żebyście napisali w komentarzach jak Wam się podoba. :D

2 komentarze:

  1. Dobrze napisany, jest co poczytać (lubię długie :P)
    Fajnie widać podejście Rose do chłopców. Życzę powodzenia każdemu, kto się w niej zakocha xD Nie będzie łatwo.
    Tylko mam jedno pytanie... Czy Jason jest przystojny? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zastanawiałam się nad nim. xD
      Dzięki xD

      Usuń

*Komentarz jest dla nas motywacją, a jeśli coś Ci w danym rozdziale nie pasuje lub jest błąd napisz to w komentarzu. Postaramy się to zmienić.
* Staraj się komentować treść rozdziału. :)
*Weryfikacja obrazkowa wyłączona
* Nie zostawiaj linków do swojego bloga pod rozdziałem.
*Używaj Mapy Huncwotów i Myślodsiewni