piątek, 14 listopada 2014

'W poszukiwaniu swego znicza' Rozdział 10

Obudziłam się. Leżałam nieruchomo, bojąc się otworzyć oczy. Wytężyłam słuch. Słychać było jedynie cichutkie pochrapywanie. Po chwili uchyliłam powieki i pierwsze co zobaczyłam, to moja śpiąca przyjaciółka siedząca na krześle przy małej szafeczce nocnej. Otworzyłam oczy szerzej i zrozumiałam, że muszę leżeć w skrzydle szpitalnym. Jedynymi osobami tutaj byłam ja i Luna. Spojrzałam na okno i ujrzałam szarawe, ponure niebo. Leżałam i wpatrywałam się w sufit bez większego celu. Dziewczyna siedząca przy mnie poruszyła się i rozchyliła nieco oczy. Widząc mój wzrok ziewnęła i przetarła swoje, jak teraz zauważyłam, zaczerwienione oczy. Po chwili odezwała się:
- Hej, śpiochu. Jak się czujesz? Zawołać panią Pomfrey?
- Chyba dobrze, dzięki. - uśmiechnęłam się - jak długo tu leżę?
- A ze dwa dni - mruknęła patrząc gdzieś obok mnie.
- Która godzina? - spytałam, usiłując zerknąć na stojący na szafce zegarek.
- Mmm. Jest przerwa na drugie śniadanie. Zaraz się kończy.
- Będziesz musiała się zbierać. Długo tu tak przy mnie siedzisz?
- Całą przerwę - uśmiechnęła się - przesiaduję tu kiedy tylko mogę.
Uśmiechnęłam się do niej ciepło dziękując za jej wsparcie. Przyjrzałam się dokładniej. W czerwonawych i nieco napuchniętych oczach można było dostrzec jakąś obojętność, nie było w nich zwykłego, Lunowego, radosnego blasku. Włosy miała trochę roztrzepane.
- Luna? - zaczęłam - Czy coś się stało, podczas gdy ja byłam tutaj?
Spojrzała mi w oczy i zaczęła:
- Tak. - Odetchnęła głęboko i kontynuowała - W dniu twojego wypadku. Gdy ty poszłaś na spotkanie z Harry'm ja wróciłam do zamku po jedną rzecz. Gdy już schodziłam z powrotem ze schodów usłyszałam głosy mówiące coś na mój temat - opowiedziała mi o podsłuchanej przypadkowo rozmowie Pansy Parkinson i paru innych Ślizgonek oraz o pocałunku Pansy i Draco. Do Mopsicy to by nawet pasowało - wchodzić między parę i robienie skandalu dla własnej korzyści. Ale Draco? Najbardziej zaskoczyło mnie właśnie to, że on odwzajemnił ten pocałunek.
- Och, Luna, nie przejmuj się. Wiesz, jaka jest Pansy, na pewno to ona się na niego rzuciła dla jakiejś draki albo go zmusiła. Kochana, wiem że to dla ciebie trudne. Współczuję ci. Ale musisz z nim jakoś to wyjaśnić. Jak już będziesz w stanie - powiedziałam, wykonując przywołujący gest. Przysunęła się bliżej, a ja mocno ją przytuliłam.
- Tak jak ty z Cedrikiem? - zaśmiała się.
- Nie. Ale tą sprawę też jeszcze kiedyś wyjaśnię.

Niedługo potem Luna udała się na lekcję transmutacji, a ja leżałam tak i rozmyślałam, dopóki nie przerwała mi pani Pomfrey. Niosła tacę, zapewne z jakimś jedzeniem i eliksirem.
- O, wreszcie się obudziłaś.
Zrobiła trochę miejsca na szafce obok łóżka i postawiła tacę. Wzięła się pod boki i spojrzała na mnie.
- No, całkiem długo spałaś, aż się trochę zdziwiłam. Mam tu dla ciebie ciepły posiłek i odrobinę eliksiru, powinien poprawić twoje samopoczucie. Dziś wieczorem będziesz już spać w swoim dormitorium.
- Dziękuję - podniosłam się do pozycji siedzącej - Mam pytanie. Wie pani, co tak właściwie się stało?
- Spadłaś z miotły i straciłaś przytomność. Szczegółów nie znam, ale pan Potter na pewno chętnie ci opowie. Przychodził tu parę razy gdy spałaś.
- Dobrze, dziękuję - uśmiechnęłam się lekko, po czym przeniosłam tacę na swoje nogi i zaczęłam skubać moje jedzenie.
Gdy skończyłam, osunęłam się na miękkie poduszki i zaczęłam rozmyślać. Zamknęłam oczy i usiłowałam sobie przypomnieć wszystko, co się wydarzyło w porze mojego wypadku. Pamiętałam jedynie to radosne uczucie i wiatr we włosach, a potem uczucie, że rączka miotły wypada mi z rąk. A potem pustka. Nic.
Rozejrzałam się po sali. Spojrzałam na zegarek - zanim znajdę się w dormitorium lub zanim ktoś mnie tu odwiedzi minie trochę czasu. Zauważyłam na stoliku książkę, ale nie chciało mi się jej czytać. Wolałam pogrążyć się we własnych myślach.
Dawno nie miałam już takiej dłuższej chwili na wspominanie, zawsze było coś do zrobienia. Lekcje, posiłki, prace domowe, spotkania, sen.
Przypomniały mi się nocne odwiedziny. Harry i Draco przylecieli wtedy do mnie i Luny w nocy na miotle, pod peleryną niewidką. Był to w sumie przełomowy moment dla mnie i Harry'ego, jeśli można to tak nazwać. Dużo rozmawialiśmy, przełamaliśmy 'pierwsze lody'. Było bardzo zabawnie i miło. Żartowaliśmy, przytulaliśmy się, a potem... Potem, gdy okazało się że Luna i Draco usnęli, Harry zabrał po cichutku miotłę i pelerynę, po czym zaprosił mnie na nocny lot. Lecieliśmy spokojnie nad błoniami, on z przodu, a ja za nim, trzymając się jego pleców. Wylądowaliśmy przy jeziorze. Tam, ciągle po peleryną, spacerowaliśmy wzdłuż brzegu w milczeniu. Ale nie była to niezręczna cisza. Szliśmy tak tuż obok siebie, powoli, spokojnie. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się i położyliśmy na bujnej trawie. Obserwowaliśmy ciemne niebo - nie było zbyt wiele chmur, więc mogliśmy wypatrywać gwiazd. Wpatrywaliśmy się w księżyc i rozmawialiśmy. W pewnym momencie usiedliśmy i patrzyliśmy sobie w oczy. Nasz twarze zaczęły się powoli do siebie zbliżać, niepewnie, spokojnie. W końcu nasze usta zetknęły się w słodkim pocałunku. Zaczerwieniłam się.

Uśmiechnęłam się na myśl o naszym pierwszym całusie. To była niezwykła chwila. Pamiętam, że posiedzieliśmy tam jeszcze chwilę, a potem niezauważeni wróciliśmy do mojego dormitorium. Draco i Luna nadal spali, a więc nasza mała wyprawa została tajemnicą. Dopiero potem podzieliłam się tym z Luną.

Wspominałam nasze spotkania, wspólne treningi, wypad do Hogsmeade i wiele innych, a uśmiech sam pojawiał się na mojej twarzy. Uświadomiłam sobie, jak bardzo lubię Harry'ego i jak bardzo przyzwyczaiłam się do spotkań z nim, do jego obecności. To niesamowite. Z jednej strony chłopcy są często nieogarnięci,  niedojrzali, czasem popisują się chamstwem, ale z drugiej, gdy już trochę dojrzeją - są nam tak potrzebni, dają nam radość...
Przetarłam lekko piekące mnie oczy. Chyba się trochę zdrzemnę - pomyślałam. Ułożyłam się na boku, zamknęłam oczy i niedługo potem odleciałam w krainę snu.

Poczułam, że ktoś lekko potrząsa moim ramieniem. Skrzywiłam się i od razu uścisk zniknął. To nie bolało, bardziej był to wyraz niezadowolenia, że ktoś przerywa mój sen. Otworzyłam oczy, to była pani Pomfrey. Rozejrzałam się. Patrząc w okno zauważyłam, że słońce jest już niżej.
- Zbieramy się, śpiąca królewno - zakomunikowała pielęgniarka.
Pomogła mi zebrać rzeczy z szafki, odprowadziła do schodów i wróciła do skrzydła, podczas gdy ja zaczęłam wspinać się po stopniach. Gdy odpowiadałam na zagadkę kołatki, miałam w duchu nadzieję, że w Pokoju Wspólnym nie będzie zbyt dużo gapiów i ciekawskich osób. Jedyną rzeczą, na którą miałam teraz ochotę był dalszy sen, ewentualnie krótka rozmowa z Luną.
Weszłam do środka, na szczęście nie było zbyt wiele osób. A te kilka, widząc mój aktorsko zmęczony wzrok i machnięcie ręką, najwyraźniej postanowiło zostawić pytania na później i wrócić do swoich czynności.
W dormitorium nikogo nie było. Usiadłam na swoim łóżku, położyłam rzeczy na szafkę, przeciągnęłam się i podeszłam do okna. Na błoniach było jeszcze sporo osób, mimo pochmurnej pogody. Nagle pisnęłam. O mało co nie wleciała we mnie maleńka sówka. Odetchnęłam i złapałam ją. Odpięłam od jej nóżki zwitek pergaminu i poklepałam ją czule po główce.
Rozwinęłam karteczkę:

Cho,
pewnie już wróciłaś. Wybacz, że mnie nie ma, ale musiałam trochę odetchnąć. 
Jestem na błoniach razem z Ginny. Gdybyś czegoś potrzebowała - odeślij do mnie sówkę.
O, masz całusy od Harry'ego. Kazał przekazać, że gdy będziesz się czuć na siłach, to chętnie Cię spotka. 
Luna


Położyłam karteczkę na szafce i odezwałam się do sówki:
- Jak na razie nie masz żadnej przesyłki. Możesz sobie trochę polatać. Masz - podałam jej ziarenko - Smacznego.
Przebrałam się w moją piżamę i wskoczyłam do łóżka. Usnęłam.



Obudziłam się następnego ranka. Leżałam spokojnie, wpatrując się w sufit. Po chwili dotarły do mnie jakieś niezrozumiałe szepty. Podniosłam się i podchodząc na czworakach do rogu łóżka, odsłoniłam powoli kotarę. Patil i Marietta szeptały między sobą, posyłając ukradkowe spojrzenia to na Lunę, to w moją stronę. Luna natomiast co jakiś czas coś im odpowiadała, bądź kiwała głową. Zdecydowanym ruchem złapałam kotarę i odsłoniłam ją, uśmiechając się.
- Cześć, dziewczyny. Wyspałyście się?
Gdy pierwszy szok po moim nagłym przywitaniu minął, odezwała się Marietta:
- My tak. A ty?
- Jak się czujesz? Wszystko dobrze? – dodała następna z moich lokatorek.
- U mnie wszystko ok. Spokojnie, pani Pomfrey postawiła mnie na nogi. – odpowiedziałam.
- No, masz co opowiadać. – powiedziała Padma – Słuchamy.
- Tak w sumie to nie wiem co wam opowiedzieć. Obudziłam się dopiero wczoraj, nie wiem co się działo.
- Wiemy, ale jak to się stało, Cho? Ten wypadek. Czy to prawda, że uderzyłaś prosto w drzewo?
- Dziewczyny, może dajmy Cho na razie spokój, niech się przebierze, naszykuje. – odezwała się Luna.
Dziewczyny niechętnie przyznały jej rację, po czym zaczęły gawędzić na temat jakiegoś ‘ciacha z siódmego roku’ i wyszły. Ja natomiast chwyciłam swoje ubrania i przebrałam się. Zaczęłam pakować podręczniki i inne przybory do torby, po czym usiadłam sobie i spojrzałam na Lunę.
- Dzięki, że je powstrzymałaś. Zasypałyby mnie pytaniami.
- Nie ma za co. – zaśmiała się, po czym spytała – Słyszałaś Padmę? ‘Czy to prawda, że uderzyłaś prosto w drzewo?’ – próbowała naśladować jej głos.
Zaśmiałam się.
- Taak, założę się, że usłyszę dziś jeszcze parę takich niestworzonych historii.
- Będę z tobą, w razie czego schowamy się w jakiejś klasie albo pożyczymy niewidkę od Harrego.
- Harry! No właśnie.
- Jestem pewna, że już nie może się doczekać. Idziemy?
- Jasne – odpowiedziałam. Wstałam, wzięłam Lunę pod rękę, po czym wyszłyśmy roześmiane.
Wchodząc do Wielkiej Sali, poczułam burczenie w brzuchu. To przez te wszystkie kuszące zapachy. Gdy usiadłyśmy do stołu, nałożyłam sobie całkiem dużą porcję jajek na bekonie, chwyciłam dzban z dyniowym sokiem i nalałam go sobie do pełna.
- Hej, obżarciuchu – zawołał ktoś zza moich pleców.
Odłożyłam maślaną bułeczkę i odwróciłam się, była to Ginny.
- O, cześć.
- Dobrze cię znów widzieć. – siadła obok Luny – Cześć, Luna.
Zaczęły rozprawiać o jakiejś nieznanej mi, wczorajszej sprawie, więc chwyciłam ponownie moją nadgryzioną bułeczkę i dokończyłam ją jeść. Dopiłam sok dyniowy i wstałam od stołu.
- Zaczekasz chwilkę? Ginny tak mnie zagadała, że nie zjadłam jeszcze tej porcji. To jest takie dobre – wymlaskała Luna.
Niedługo potem udałyśmy się do naszej wieży po torby, po czym powędrowałyśmy pod salę do zaklęć.
Dzisiaj klasa ćwiczyła zaklęcie Depulso. Każdy miał do dyspozycji parę poduszek, które musiał od siebie odepchnąć za pomocą zaklęcia. Profesor Flitwick przywołał mnie do siebie i powiedział, co mam robić. Po chwili wróciłam już na swoje miejsce i tak jak reszta próbowałam zmusić poduszki do odfrunięcia.
- Luna, jak ty to robisz? - spytałam przyglądając się przyjaciółce. Jej poduszka co prawda nie odleciała w drugi koniec klasy tak jak powinna, ale unosiła się już nad stolikiem i odlatywała parę centymetrów, co było już niezłym sukcesem. Oprócz Luny tylko 4 osobom się to udało.
- Nie wiem, po prostu się skupiam - odpowiedziała ze ściągniętymi brwiami.
Zachichotałam.
- Jutro eliksiry. Dobrze, że chociaż ta lekcja mi nie przepadła.
- Co? - Luna wytrzeszczyła oczy - Nie wierzę w to co mówisz.
- Eh, ja też. - westchnęłam - Ale gdyby eliksiry mi przepadły, to Snape byłby w siódmym niebie mogąc chociaż trochę się nade mną poznęcać, bo nie umiałabym przyrządzić eliksiru przerabianego na ostatniej lekcji.
- Racja.

Reszta zajęć minęła nam całkiem dobrze. Nauczyciele byli raczej wyrozumiali i względnie wytłumaczyli mi tematy zajęć. Z pracą domową uwinęłyśmy się całkiem szybko. Luna postanowiła udać się do sowiarni, ja natomiast chciałam znaleźć Harrego.
Udałam się do wieży Gryffindoru, mając nadzieję, że go tam znajdę. Czekałam tam pod drzwiami dobre 15 minut zanim wyszedł jakiś Gryfon. Był to Dean Thomas.
- Cześć Dean. Słuchaj, nie widziałeś w środku Harrego?
- Hej, nie. Tam go nie ma. Z tego co wiem, to poszedł do biblioteki. - odpowiedział drapiąc się w czoło.
- Dzięki - powiedziałam, po czym popędziłam w stronę biblioteki.
Zatrzymałam się przed drzwiami, wzięłam parę głębszych oddechów, przygładziłam włosy i weszłam. Minęłam stoliki i zaczęłam przechadzać się między półkami. Szukałam znanej mi dobrze czarnej, zmierzwionej czupryny. Znalazłam.
Wyszłam zza półki. Mój chłopak zawzięcie szukał jakiejś książki.
- Hej, pomóc ci? - spytałam.
Odwrócił głowę w moim kierunku.
- Cho. Cześć. Nie, już ją wyciągam - po chwili wyciągnął jakąś zakurzoną księgę. - Chodź, tylko ją wypożyczę i gdzieś się przejdziemy.

***Oczami Harrego***
Wyszliśmy z biblioteki. Zaprowadziłem Cho jednym z tajnych przejść na korytarz piątego piętra. Przeszliśmy kawałek i dotarliśmy do zacisznego zakątku. 
- Jak się czujesz? - zacząłem rozmowę. 
- Um, dobrze, dzięki.
Spojrzała mi w oczy.
- Harry?
- Tak?
- Opowiesz mi o tym, co się stało, gdy spadłam?
Wiedziałem, że mnie o to zapyta. Wiedziałem. Czułem wtedy mocne wyrzuty sumienia. Zadręczałem się, że dałem jej wtedy tą miotłę. Że nie zauważyłem czegoś podejrzanego, jakiegoś jej osłabienia. Że nie zauważyłem, czy może była zmęczona. Przychodziłem do skrzydła szpitalnego i siedziałem przy niej, czekając aż się obudzi. Wpatrywałem się wtedy w jej śliczną twarz okalaną kruczoczarnymi, długimi włosami. Wygląda słodko kiedy śpi, nawet po wypadku.
- Leciałaś na Błyskawicy. Roześmiana, zadowolona. I nagle zwolniłaś, chyba chciałaś już lądować i - zaciąłem się - i puściłaś rączkę miotły. Zaczęłaś spadać, a miotła przy tobie.
Wpatrywała się we mnie z zaciekawieniem.
- Nie rozbiłam się tak bardzo. Rzuciłeś jakieś zaklęcie, prawda? - spytała.
- Tak. Impedimento żeby zwolnić twoje opadanie i zaklęcie poduszkujące. To chyba pomogło. Potem zaniosłem cię do skrzydła i czekałem. - odwróciłem się i spojrzałem w okno. Cho stanęła obok mnie i złapała mnie za rękę. Oparła głowę na moim ramieniu, mówiąc:
- Dziękuję ci. Gdyby nie ty, pewnie byłabym cała poobijana.
- Przepraszam.
- Za co? - wyszeptała moja dziewczyna.
- Że do tego dopuściłem. - odpowiedziałem.
- Przestań, to nie twoja wina. Skąd mogłeś wiedzieć, że stanie się coś takiego?
- Mogłem zauważyć, że jesteś osłabiona lub zmęczona.
- Ale ja nie byłam ani zmęczona, ani osłabiona. Nie wiem co to było. Poczułam, że oczy same mi się zamykają, wbrew mojej woli i że tracę świadomość. To było tak nagłe, jakby ktoś rzucił zaklęcie.
- Hmm - zamyśliłem się. Przecież tam nikogo nie było. Chyba że ktoś się zakradł i chciał zrobić jakiś głupi żart. Sam nie wiem.
- Najważniejsze, że już po wszystkim i że czujesz się dobrze - powiedziałem, po czym objąłem Cho ramieniem i pocałowałem ją w czoło. Ten wypadek coś mi uświadomił. To, że na Cho na prawdę mi zależy. 



Mam nadzieję, że rozdział się podoba ;) Tradycyjnie, za 5 komów next :) Zapraszam do linków niżej, gdyby ktoś chciał odświeżyć sobie pamięć i przejrzeć ostatnie rozdziały.
Mój ostatni rozdział
Ostatni rozdział Kasi
Mapa Huncwotów
Myślodsiewnia

piątek, 31 października 2014

"Noc duchów"

Hejo! Dziś jest Noc Duchów, czyli Halloween. Z tejże okazji napisałam pierwszą miniaturkę. Przy okazji jest dla uczczenia pamięci o Lily i Jamesie.

Mam nadzieję, że Wam się spodoba i jest "odpowiedniej" długości. Publikowana jest w nocy, bo ciemno i straszno. Zapraszam do komentowania!

_____________

Otrząsałem się ze snu. Znowu mi się śniła piękna, rudowłosa, zadziorna dziewczyna. Leżeliśmy we dwoje na kanapie. Trzymałem ją w ramionach, a ona trzymała kilkumiesięcznego chłopca z czarnymi włosami. Był bardzo podobny do mnie, ale oczy miał zielone i tak piękne jak ona... Ten obraz stał jeszcze przed moimi oczami. Muszę zrobić coś, by była moja... Nasza przyszłość będzie tak wyglądać. 
Czuję, że dziś uda mi się z nią umówić.
Założyłem okulary i wstałem z łóżka. Z szafy wyciągnąłem niebiesko-czarną koszulę w kratę i czarne spodnie. Zacząłem układać sobie włosy, a po tym sięgnąłem po trąbkę i bęben. Zacząłem w nie walić*, by obudzić resztę. Odkąd przyszliśmy do Hogwartu na ten pokój było rzucone zaklęcie wyciszające. Musieli tu mieszkać wielcy czarodzieje...
- Panowie wstajemy! - krzyczałem. - Dziś wielki dzień! Musicie przy tym być!
- Wiemy, że jest Noc Duchów, ale nie musisz nas tak wcześnie budzić! - mruknął Łapa i rzucił we mnie pierwszą rzeczą, którą miał pod ręką. Był to budzik. Zrobiłem szybki unik, ale niestety w złą stronę... Dostałem prosto w czoło.
- James, jest sobota! Daj spokój! - zapiszczał Peter.
- Nie dam spokoju! - mruknąłem. - Nie chodzi tu o Noc Duchów... To jest co roku... A to się zdarzy tylko jeden raz!
- Lily i tak się z Tobą nie umówi. - mruknął Syriusz. Wiedział o mnie wszystko. Czasem zdawało mi się, że czyta mi w myślach.
- Droga Łapko... Dziś będzie inaczej. Zobaczysz. - zmierzwiłem swoje włosy i poprawiłem okulary.
- Jasne... Zobaczę jak dostajesz książką po raz kolejny. - zaśmiał się. Zacząłem wspominać, ile razy Lilka mi odmówiła, ile razy oberwałem od niej książką, ile razy rzuciła we mnie wazonem i ile zakładów przegrałem z Syriuszem. Uroczo się złościła, gdy niespodziewanie się przed nią zjawiałem.
- Rogaczowi się uda! Jestem tego pewien. - Peter obrócił się na drugi bok. Nie dziwiło mnie, że Lunatyk się nie obudził. Ostatni tydzień miał dość ciężki i w tym tygodniu po raz pierwszy mógł się porządnie wyspać.
- A jak do niej zagadasz, Romeo? - zaśmiał się mój najlepszy przyjaciel. Jest niewyspany, ale ma dobry humor.
- No jak to jak? Czy się ze mną umówi! - odpowiedziałem szeroko się uśmiechając. - Kiedyś zadziała.
Syriusz wybuchnął śmiechem i tarzał się po całym łóżku. Spadając z niego przewrócił szafkę nocną. Obudził tym Remusa.
- A jemu co tak wesoło? - spytał się ledwie przytomny wilkołak. Łapa śmiał się już z pięć minut.
- James znowu będzie podrywał Lilkę. - mruknął Glizdogon.
- Lunio... Jak dobrze... że... wstałeś... - Łapa próbował się przestać śmiać. - Który raz nasz Rogaś będzie się próbował umówić z Lili?
- 948, jeśli zapyta tylko raz. - odpowiedział. Lunatyk na prośbę Syriusza i Lily liczył ile razy spytałem się, czy się ze mną umówi.

*Wspomnienie. Dwa lata wcześniej*

- Potter! - Lili mnie zawołała! Nie była na mnie wściekła, tylko się śmiała. Może się zgodzi.
- Tak, Cukiereczku? - uśmiechnąłem się i podszedłem do niej. - Chcesz się jednak ze mną umówić?
- Mam dla ciebie laurkę. Podziękuj Remusowi, on mi powiedział, że to dziś. - wręczyła mi ją i odeszła. Otworzyłem ją. 

"Z okazji mojej 500 odmowy życzę Ci,
abyś wreszcie dał sobie spokój! 
I nie myśl, że się z Tobą umówię.
Lily"

*Teraźniejszość*

Rozpoczynała się uczta z okazji Nocy Duchów. Cały dzień szukałem Lilki i nie mogłem jej znaleźć. Wreszcie się pojawiła. Wyglądała świetnie. Włosy miała związane w kucyk, co było rzadkością, ale w nim wyglądała jeszcze piękniej. Koło niej miejsce było puste, jakby zarezerwowane specjalnie dla mnie.
- Liluś! - krzyknąłem i zacząłem do niej machać. Spojrzała się na mnie i się uśmiechnęła. Podniosłą rękę i mi odmachała. Stanąłem w wejściu jak wryty. 
- Syriusz! - krzyknąłem. - Widziałeś to?! Lily mi odmachała! 
- Remus też do niej machał... Nie toruj już wejścia tylko idź!
- Nie machałem do niej, tylko do Vicky. - mruknął Lunio, ominął nas i poszedł usiąść obok Vicky. Poszedłem za jego przykładem. Zająłem miejsce koło Lily, a Profesor Dumbledore zaczął swoją przemowę, jakby czekał tylko na mnie. Na samym początku pozdrowił wszystkie przybyłe duchy. Specjalnie dla nich ustawił w kącie Wielkiej Sali stół z jedzeniem. Było tam między innymi ciasto ze zgniłych jabłek.
- Cześć, Słodka.
- Cześć, Łosiu. - uśmiechnęła się.
- Nie "łosiu"! - oburzyłem się. - Jestem Jeleniem.
- Och, James... Nie obrażaj się. - patrzyliśmy się sobie w oczy. Jej oczy były dziś pogodne, a ich zieleń powodowała, że w nich tonąłem. Były takie piękne...Ona tak samo. I ten uśmiech, którym mnie dziś tyle razy obdarzyła. Nie mogłem od niej tego wieczoru oderwać oczu...
- James, ciszej trochę. - powiedziała Vicky. - Wiemy, że Lilka jest bardzo ładna.
- Nic nie mówiłem! - krzyknąłem, a wszyscy siedzący wokół nas zaczęli się śmiać. Najbardziej śmiał się Syriusz. 
- James, ale ty mówiłeś przed chwilą, że toniesz w jej oczach. 
- Myślałem o tym. - przyznałem się. Chyba on faktycznie czyta mi w myślach! Chociaż to może być telepatia, bo obydwaj mamy często takie same pomysły.
- Mówiłeś to na głos. - zaśmiał się Lunio. Też się zacząłem z tego śmiać. Może ma rację?  Nalałem sobie soku z dyni i nałożyłem na talerz kawałek pieczonego schabu. Ja, Remus i Syriusz w trakcie całej uczty zjedliśmy najwięcej. Dziewczyny podziwiały nas z tego powodu.
Po kolacji przenieśliśmy się do Pokoju Wspólnego. Ruda czytała książkę siedząc na kanapie, a ja próbowałem wziąć ją na kolana.
- Potter! Zjeżdżaj stąd! - krzyknęła - Bo dostaniesz!
Usiadłem w fotelu naprzeciwko niej.
- Nie, bo cię unieszczęśliwię. - wyszczerzyłem zęby, a ona pokazała mi język, a chwilę później spoważniała i zamilkła. Udawała, że dalej czyta, ale tak naprawdę się zastanawiała. Wyglądała tak słodko. Podniosłem się, zmierzwiłem włosy i usiadłem obok niej. Dalej nie podnosiła wzroku. Objąłem ją ramieniem i czekałem, aż mnie uderzy.
- Lily... - spojrzała się na mnie. Po raz kolejny uśmiechnęła się do mnie. Który to był dzisiaj raz? Czwarty? Piąty? Nie wiem...
- Umówisz się ze mną? - zapytaliśmy oboje w tym samym momencie. Zaśmiałem się. Przytuliłem ją do siebie, a ona nawet nie próbowała mnie uderzyć.
- Tak. - odpowiedziała. Wreszcie mi się udało! Teraz zrobię wszystko, żeby była najszczęśliwsza! 
-  Jesteś taka słodka. - wymruczałem. - Będę cię nosił na rękach.
- Tak? - zaśmiała się. Przestaliśmy się na chwile przytulać. Wziąłem ją ręce. Starałem się, by była jak najbliżej mnie. Podrzuciłem ją delikatnie przez co zapiszczała, a chwilę później śmialiśmy się z tego oboje. Każdy kto obok nas przechodził dziwnie się patrzył. Słychać było szepty, ale nie interesowało mnie to. Teraz liczyła się tylko ona. Przybliżyłem się do jej twarzy...
- Rogacz! Nie doceniałem Cię! - krzyknął Łapa widząc nas. - Gdzie ją niesiesz?
- To waszego dormitorium! - odpowiedziała. 
Zacząłem wchodzić po schodach. Nie mogę jej odmówić, przecież obiecałem!

***
- I gdzie ją zaprosiłeś? - zapytał się mnie Syriusz tuż po złożeniu gratulacji.
- Cholera! - krzyknąłem. - Zapomniałem z nią to uzgodnić.

____

Ostatni rozdział Gabi
Mój ostatni rozdział.
Mapa Hunctwotów.


UWAGI
* Nie wnikajcie, czemu James wali w trąbkę.Być może to magiczka trąbka to walenia?